poniedziałek, 19 marca 2018

Góry Levockie, zimowe namioty.

Lutowy wypad trójki włóczykijów...Misia, Szpojana i Marusia.
Tym razem szybki transfer z Tychów zapewniła nam "nowa" Alfa
Szpojana, dotarliśmy do Lubicy w miarę szybko.
Zima nie zawiodła, mróz nas przywitał zacny! Zarzuciliśmy plecaki i wyruszyliśmy w interior byłego poligonu.
Na zdjęciu obok pierwszy postój. Plecaki swoją wagę miały, cały szpej biwakowy, no i prowiant stały i "płynny" ;) na 3 dni!
Góry dzikie, można zapomnieć o schronisku, wiosce itp.
Co wezmiesz to twoje! I tak nam zeszło kilka godzin marszu, w
śniegu, im wyżej tym głębszym, a rakiet nie mieliśmy tym razem!
Biwak byle jaki, bo ściemniało się, ale ognisko zrobiliśmy i humory dopisywały ;)
Noc mrozna i wietrzna, ja w mojej jednoosobowej "budzie", ostatni raz w zimie!!! Jedynka dobra na lato, gdy nie ma takiej ilości szpeja!
Poranek standardowy czyli szybkie śniadanie i pakowanie całego majdanu :), a to nie jest łatwe przy solidnym mrozie!















Wczorajsze słońce znikło bezpowrotnie, zaczęło wiać, a na górze pojawiła się mgła.









Wyruszyliśmy w stronę głównego grzbietu...





 ...śniegu co raz więcej, zaczyna się robić stromo, no i mgła...
...był nieśmiały plan, aby dotrzeć do Torysek, małej wioski po drugiej stronie gór, ale rzeczywistość szybko nas ostudziła ;)...wpadaliśmy w zaspy po jaja, pod grzbietem posuwaliśmy się w tempie 500m/h...w tym tempie to byśmy dopiero wieczorem dotarli do chat myśliwych po drugiej stronie grzbietu, a gdzie tam Toryski! ...tym bardziej, że weszliśmy w rewiry prawdziwych władców tamtych terenów, którzy zostawili swoje "wizytówki"...
...świeże tropy i odchody wilka...raczej duży osobnik...szedł i co chwilę "znaczył" swój teren moczem i grubszymi kawałkami! ;)

Nastroje też lekko opadły, więc jak zaordynowałem odwroty do doliny po naszej stronie grzbietu, wszyscy się ochoczo zgodzili, tym bardziej, że wieczorkiem miało być ognisko i gulasz z kociołka (mniam mniam) ;),
a pchając się do Torysek czy chat myśliwskich mieliśmy marne szanse na ognisko!

Zejście zasypaną doliną i zamarzniętym potokiem zajęło nam kilka godzin, ale nagroda była przednia...altanka ze stołem i ławami, oraz zródło mineralne i czysty potok obok.

Nawet przygotowane suche drewno było! Przynieśliśmy jeszcze kilka suchych świerków z lasu i zaczęła się impreza :), rozpaliliśmy ogień, rozbiliśmy namioty...i Misio się wziął za przygotowanie zajebistego kociołka.


Kociołek się "robił", a my rozgrzewaliśmy się "herbatkami", bo mróz się wzmagał ;)


 Gulasz jak to mój gulasz...pyszniutki!!! ;)
 Wrąbaliśmy cały, wkładka do herbaty się skończyła, wiec
nie pozostało nic innego, niż się wbić do śpiwora.
Poranek słoneczny, więc mrozny, było pewno pod -20 C,
tak też wyglądał nasz szpej, buty "betonowe", Maruś miał problem z obuciem się ;).

Znów szybkie śniadanko, tym razem w miejscu w miarę cywilizowanym, stół i ławy w takich górach to rzadkość ;)
Pakowanie sprawne i humory dopisują, bo w głowach już
siedzą myśli o dobrym piwku i basenach termalnych we Vrbovie...





 ...marsz do Lubicy zajął nam 2h, około 10 km leśną drogą...autko odpaliło i dotarliśmy do naszego SPA ;))
Piweczko wyborne, długo wyczekane...i w końcu ciepło...bo ostatnie 3 dni i 2 noce non stop w mrozach ;)


Pod wieczór taki chill out...jak makaki we mgle ;)...w śnieżycy i mrozie -15 C...ale jakoś nam to nie przeszkadzało!!! ;)
Powroty...



wtorek, 10 lutego 2015

Ukraina 2015 cd.

...kwatera u Marii jak u babci na wsi...ciepło,
miło i przyjemnie...jajka od "kury" no i Misio
wziął się za robienie jajury, domowe specjały też
wjechały na stół ;)
Wiejska kolacja, goriłka i nyny w gościnnym pokoju. Rano leje...ale od gospodyni dostaliśmy na osłodę cały rondel ichniejszych gołąbków, po 3 na głowę...pychota ;)
...znów, deszcz nie deszcz, trza się zbierać...
...idą...

...koniec sielanki, następna wioska za górami...a w górach śniegu po kolana i pada deszcz, potoki nie zamarznięte, woda podniesiona, więc czeka nas niezła wyrypa!
Mapę mam dość dobrą, ale trza się posiłkować GPS, bo zrobiło się mgliście...

...marszruta na czuja, zero drogi, tylko jakieś stare ślady, pod śniegiem grząsko i mokro, co chwila
ktoś wpada w dziurę...potoki pokonujemy brodząc w lodowatej wodzie, do tego padający deszcz...
wręcz bosko...
 ...tak po południu docieramy do Lipowca, oczywiście cali mokrzy...

...zasięgamy języka u tubylców pytając o sklep,
okazuje się, że właśnie jesteśmy obok...
przemoczeni męczymy piwo i pytamy właściciela sklepu o nocleg...o namiocie i ognisku można zapomnieć!
Jak zwykle chata się znajduje nieopodal...tyle, że zimna! W środku zimniej niż na zewnątrz, bo wcześniej były mrozy po -20C!
Rozpalamy w piecu i za chwile w chacie robi się suszarnia naszych mokrych ciuchów ;)
...no i nieodłączna jajura z 20 jajek ;)...zanim się trochę nagrzało w środku
minęło parę godzin, ale dzielnie się rozgrzewaliśmy czonowym rumem ;)
Atmosfera się zrobiła trochę lepsza, bo jednak dostaliśmy trochę w dupę...
nie tak wyobrażaliśmy sobie ten trekking...namioty nadal przypięte do plecaków, a ognisko w lesie w sferze marzeń!
Posiedzieliśmy do nocy przy herbatkach, Maruś troszkę dłużej, bo stwierdził, że nie zaśnie ;)
Nad ranem obudziły nas jakieś hałasy...okazało się później, że to jacyś "cichociemni" z bronią przyszli do domu obok...o nas nic nie wiedzieli ;)
...gospodarz też jakiś taki małomówny był...może przez pięciu milicjantów i dwa auta milicyjne przed domem ;)...
...zjedliśmy śniadanko i szybko ewakuowaliśmy się w góry.
Deszcz, rzecz jasna, leje ;)...wybieramy kierunek na naszą
główną destynację czyli Lumszory i czan, pół dnia drogi w tych warunkach!
Pada raz mocniej, raz słabiej...oczywiście wszędzie śniegu po kolana, najpierw idziemy polami, a później wbijamy się w las i góry...znów GPS i na czuja...
...idą...i dochodzą do koliby w Lumszorach ;)
...tam już jak w domu...powitanie i biesiada ;)
...no i wieczorkiem moczenie zadków w czanie...
HEDONISTYCZNE ROZPASANIE!!! ;))

 ...rozgościliśmy się przy kotle i w końcu wygrzali ;)
Maruś napalił solidnie, więc co chwilę biegaliśmy do
rzeki dla ochłody...
 ...błogostan części ekipy widać na fotkach ;)
 ...pod kotłem mieliśmy namiastkę ogniska,
więc pieczyste się robiło ;)
...noc jak zwykle przy czanie, a poranek przyniósł decyzję o powrocie...
jedyną słuszną przy tej pogodzie...
...odyseja powrotna ;)...

                                                                                                             Ahoj przygodo :))





Ukraina 2015

...ponowna reaktywacja ;)...
...zacznę od ostatniego wypadu na Ukrainę, w styczniu tego roku...

...Gówniana pogoda czyli alkoturizm!!!


Start, jak zwykle z Tychów Żwakowa, ekipa czteroosobowa, Czon, Szpojan,
Gomar i ja. Pociągiem śmigamy do Zwardonia i dalej do Ziliny.
Tam, oczywiście, 5h czekania na "rychlik" do Humennego, więc odwiedzamy
"naszą" piwnicę z dobrą muzą i "czapowanym" ;)
...o 2.30 teleportujemy się do "rychlika"...część ekipy w bardzo dobrych nastrojach...tak dobrych, że pozwalają sobie zapalić pecika na peronie co zostaje zauważone przez policjantów kolejowych.
No i za chwile, już w pociągu, słychać było lamenty Gomara i Szpojana, gdy zostali poproszeni o paszporty...skończyło się na 10 EUR od łba ;))
Instalujemy się w przedziałach i nyny do rana, w Humennym przesiadka do Stakcina, gdzie kończy się nasza odyseja pociągowa. Z "buta" maszerujemy do następnej "naszej" bazy, czyli miejscowej krczmy, gdzie już czeka nasz Jano z ekipą, szybkie piwko i jedziemy w stronę Ukrainy jak paniska, Mercedesem S320 ;))




Na Ukrainie, w Wielkim Bereznym, ostatni obiad w "cywilizacji" czyli
miejscowym restoranie, wypasiony za mniej niż 3 EUR...ech...
no i pakujemy się do 40-letniego UAZa, który załatwiła nam Rusłana,
nasza szoferka z mercedesa.
Kierunek Połonina Runa, jakieś 80 km, docieramy tam wczesnym popołudniem...oczywiście po miejscowy sklepo-bar w Turia Polana ;)
Zaczyna padać deszcz (który będzie padał do końca naszego pobytu, ale my jeszcze tego nie wiedzieliśmy!)
więc zawieramy znajomość z nowym barem i jego właścicielką ;)
Początki są miłe, ale pogoda robi się kaprawa, na stół wjeżdżają kolejne
flaszeczki i herbatki i trza myśleć o noclegu...las i namiot odpadają przy tej wilgotności! Więc kilka słów z Mariną (szefową) ;) i mamy noclegownie w starej chałupie.
Niektórzy osłabieni wyszli z baru...


...poranek deszczowy, więc my znów do Mariny...
tam jakieś śniadanie i "herbatki"...mała integracja z tubylcami i, deszcz nie deszcz, trza iść...
















...idą...



...i tak do następnej wsi...oczywiście w deszczu i oczywiście do sklepu! Po drodze już wstępnie pytamy o nocleg, bo o namiocie można zapomnieć.
W sklepie, jako że jesteśmy już w interiorze, klimaty jak u nas sto lat temu ;)...dwie babki sobie coś tam popijają, my też się zintegrowaliśmy...i na to wszystko wszedł pop, jakieś święto było, modły odprawił, pokropił wszystkich, nam się też dostało ;)
Zrobiliśmy zaopatrzenie (kupiliśmy goriłke) i na kwatere ;)...
...cdn...