niedziela, 15 kwietnia 2012

Weekendowa krzakoterapia

...Pogoda nie rozpieszcza, ale nie można marnować weekendu siedząc w mieście, szlajając się po knajpach...
tym bardziej, że za 10 dni wyprawa na Bałkany, a tam góry po 2500m i trzeba się rozjeździć na rowerze!

Więc wzięliśmy dupy w troki, wskoczyliśmy na rowery i w stałym składzie wyjechaliśmy w piątek za miasto-kierunek zbiornik Dziećkowicki, to tylko 25 km, ale startując po godzinie 17 wystarczy.

Przed samym biwakiem stały punkt programu czyli wizyta w "Bazie" i głubczycki "Hamer" ;)

Jako, że miało padać wzięliśmy plandekę jako zadaszenie, namiotów już nie taszczymy.
Nad jeziorem standardowe punkty programu czyli ognisko, kociołek z gulaszem i wieczorne rozmowy Polaków przy herbacie :)...oczywiście zaczęło padać, na szczęście tylko trochę, zapowiadali większe opady!

Rano obowiązkowa kąpiel w jeziorze - dla dwóch twardzieli, pakujemy się i wyruszamy w kierunku Jury, o dziwo w słońcu, bo miało od rana kapać z nieba...prognozy!!!

Przez Jeleń, Byczynę docieramy do Ciężkowic, a tam odwiedzamy nasz "pit stop", fajny bar pod lasem, w sam raz, bo ponad 20 km za nami!

Szefowa od razu nas poznała, bardzo fajna kobietka, przywitała nas laną Tatrą za 3,20 zł!
My delikatnie raczymy się piweczkiem, a autochtoni na "dzień dobry" biorą pół litra czystej i szklankę wody do zapicia...co kraj to obyczaj!







Zaczyna się chmurzyć i prognozy w końcu też się zaczynają sprawdzać.
My też korygujemy plany i kierujemy się stronę znanej buczyny koło Płok. Śmigamy przez sosnowe lasy i piaskownię - odkrywkową kopalnię piasku - niesamowite tereny, raptem około 40 km od nas!
Płoki słyną z miejsca kultu religijnego, my wybraliśmy inną "świątynię" - miejscowy bar, oczywiście nam znany!
Tam trochę dłużej zabawiliśmy, bo na dobre zaczęło kapać z nieba, a nasze miejsce biwakowe czekało kilometr dalej, więc nie było się po co spieszyć.
Pogadaliśmy z szefostwem baru i miejscowymi bywalcami, zabraliśmy wodę do gotowania, bo wymyśliłem wcześniej, że dzisiaj zrobię w kotle zupę fasolową, i do lasu!
Plandeka pierwsza została zamocowana między bukami, z ogniem już nie było tak łatwo, bo mokro, ale daliśmy radę.
Zupa wyszła boska, no, mistrz ją robił!!! :)
Posiedzieliśmy długo, deszcz oczywiście padał całą noc, a nasze zadaszenie zdało egzamin celująco!
Poranek dalej mokry, więc zwijamy obóz i 10 km w deszczu śmigamy do Trzebini na pociąg, kierunek Tychy!
Biwakowy weekend zaliczony!!!

czwartek, 5 kwietnia 2012

Dolomiti di Brenta

Dzisiaj będzie o wypadzie trochę mniej traperskim, raczej sportowym, w miejsce, gdzie jeżdżą "kapeluchy", jakby powiedział Jarek, jeden z uczestników naszej wyprawy.

W tym roku wiosenne "Free Ski" (czyli karnet za darmo) w Marillevie 1400 zaczął się 24 marca.
Znajomi wcześniej zrobili rezerwację apartamentu na cztery osoby, ale jedna odpadła, więc się załapałem po małych kosztach.
Włosi fajnie wymyślili to "Free Ski", w kieszeni zostaje około 220 EUR za karnet 6-dniowy...no, ale czymś trzeba przyciągnąć narciarzy jak śniegu mało, choć jeszcze da się nieźle pośmigać, a w Austrii i śniegu więcej, i bliżej, o standardzie apartamentów nie wspominając!

Do Marillevy 1400 dotarliśmy po całodziennej jeździe samochodem, przez Czechy i Austrię, dystans 1150 km pokonaliśmy w 13h, pogoda słoneczna i ciepło, za Brennerem temperatura około 20 stopni.
Jeszcze "za dnia" załatwiliśmy formalności w recepcji i pobraliśmy karnety narciarskie (każdy ze zdjęciem właściciela)-na dolnych stacjach gondoli wyświetla się twoja facjata jak przekraczasz bramkę i cerber sprawdza!!!
Znaleźliśmy naszą "szufladę" w tym betonowym kompleksie apartamentów i rozkulbaczyliśmy się.

Następnego dnia rano wstaliśmy skoro świt, szybkie śniadanie i ze sprzętem narciarskim skierowaliśmy się do gondoli.
Dolna stacja kolejki jest praktycznie pod drzwiami hotelu, więc z pokoju wychodziliśmy w butach narciarskich.

Pierwszy dzień upłynął na rozeznaniu terenu, mniej więcej, bo kilkaset kilometrów tras i około 50 wyciągów w Marillevie, Folgaridzie i Madonnie di Campiglio nie da się ogarnąć w tak krótkim czasie!

Pogoda wymarzona, słonecznie, rano lekki mrozik, więc śnieg na trasie zmrożony, około południa na nasłonecznionych stokach robiło się już jednak miękko.
Przy tym słońcu z każdym dniem ubywało śniegu, ale codziennie po zamknięciu wyciągów ratraki przygotowywały stoki, tak, że rano często pierwsi zakładaliśmy świeży ślad po "sztruksiku", aby maksymalnie wykorzystać dobre warunki, puki tłumy nie rozjeżdżą stoków!
Prognozy pogody mówiły, że tak ma być cały tydzień i tak było.
Codziennie plan był podobny - wczesne wstawanie, jako pierwsi na stok, jeżdżenie po świeżyźnie, później solarium - przeważnie pod "stodołą" na Passo Groste na wysokości 2504 m npm, bo narciarstwo nie samymi nartami stoi!

Powroty w stronę Marillevy, około 20 km trasami i wyciągami też były ciekawe - imprezy w górskich knajpkach czasem nas zatrzymywały, w hotelu byliśmy raczej późnym popołudniem.
Obiadokolacja przygotowywana codziennie przez innego uczestnika i wieczorne "kolędowanie" po innych pokojach kończyły pracowity dzień!

Tak minął tydzień zabawy i trza było wracać!

Podsumowując - jak się podejdzie do wyjazdu na narty w Alpy z głową, nie ważne czy do Włoch czy do Austrii, może to być impreza przyjemniejsza, tańsza i bezstresowa niż męczenie się w tym naszym skansenie narciarskim, gdzie cała infrastruktura pochodzi z minionej epoki - poza nielicznymi wyjątkami - ludzie odpowiedzialni za nią mają wszystko w dupie, narciarzy traktują jak bydło, kasują za wszystko, mało dając w zamian!
...aaaa, nawet nie chce mi się o tym pisać!!! ...zakończyłbym mocnym słowem, ale się powstrzymam!!!
 
... to by było na tyle!!!



czwartek, 22 marca 2012

Powitanie wiosny pod dębami...

Leśne drogi już się nadają do jazdy na rowerze, więc wczoraj wyrwaliśmy we czwórkę na ognisko w nasze magiczne miejsce.
W końcu wiosna i inauguracja sezonu wiosenno-ogniskowego musi być! Każdy wziął coś na ruszt, do kubka też i wieczorkiem dotarliśmy do naszej enklawy.
W lesie jeszcze trochę wilgotno, ale poradziliśmy sobie z rozpaleniem...u nas w sumie nie wolno palić ognisk w lesie, ale na razie nie ma zagrożenia pożarowego, a my wiemy jak to robić bezpiecznie.
Prawie 20 lat już tam "ogniskujemy" i jest spokojnie, w lato się jedynie ograniczamy, bo i sucho i obserwator na wieży jest czujny! :)
Poza tym letnią porą są wypady w inne miejsca, np. nad wodę...mamy takie fajne miejsce nad Sołą, gdzie można posiedzieć przy ognisku i wymoczyć się do woli.
Wczorajsza posiadówka przy ogniu przeciągnęła się prawie do północy, ale było fajnie!

Dzisiaj już myślami jestem gdzie indziej...w sobotę wyprawa bardziej sportowa:

             MARILEVA 1400

narty w Italii, będzie o czym pisać!
Do zaś !!!

poniedziałek, 19 marca 2012

Bogom nocy równi...

...Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy - jak mówił Piasecki.

Prognozy pogodowe były jednoznaczne, więc nie było się co zastanawiać, wzięliśmy rowery, szpej i w piątek wskoczyliśmy w pociąg do Zebrzydowic. Przez granicę śmignęliśmy na rowerach i za chwilę byliśmy już na przedmieściach Karviny.
Oczywiście najpierw trzeba zahaczyć o jakąś piwiarnię, czeskiego "capovanego" należy spróbować!
A tutaj czy przypadek czy przeznaczenie, trafiamy na tą samą karczmę co w marcu zeszłego roku.
Barmanka oczywiście nas poznała! My grzecznie po jednym i zmykamy nad Olzę szukać miejsca na biwak.

Dość szybko znaleźliśmy odpowiednie krzakowisko nad samą wodą, suchego drewna dużo-jak to nad rzeką, więc ognisko paliło się w mig.

Biwaczek jak zawsze czyli cos na ząb, coś do kubka i nyny pod gwiazdami!
Poranek powitał nas wschodzącym słońcem za rzeką, ognisko już się paliło, bo Szpojan z Małym spać nie mogą jak normalni ludzie.
Dzień zapowiada się zajebisty, szybkie śniadanie i w drogę w stronę Cieszyna.
Tam Radegast na dobry początek dnia i niestety parę kilometrów główną drogą do Trinca, gdzie odwiedzam zaprzyjaźniony sklep rowerowy i kupujemy dokładną mapę tamtego rejonu.

W końcu wjeżdżamy w tereny wioskowo-leśno-barowe, nasz habitat!
Tam inny świat, wszędzie oznakowane ścieżki rowerowe, asfaltowe i bite, pusto i spokojnie, ludzie na rowerach, czasem na koniach, sielanka!
W jednej z wiosek zajeżdżamy do knajpki z pensjonatem, degustujemy Budvara i oglądamy fajne "jacuzzi" w ogrodzie, podgrzewane paleniskiem .
W przyszłości zastanawiamy się nad kilku osobową imprezą w tym miejscu, bo szef pensjonatu opowiadał, że dzień przed naszym przyjazdem była grupa z Polski i pół dnia moczyli się w "wannie"!

Fajnie się siedzi w słońcu, ryjki już przypieczone, ale trza się rozglądać za kolejnym biwakiem.
Postanowiliśmy kierować się w stronę Polski i dawnego przejścia granicznego w Jasnowicach. Dajemy w dół do Jablunkova i już w mieście Szpojanowi pęka łańcuch...on już pełna załamka, katastrofa! Uspokajam sytuację mówiąc, że mam sprzęt serwisowy i jest OK! Pod barem bierzemy się za naprawę łańcucha, ale tam mój "super lekki" multitool rowerowy pęka na "super twardym" łańcuchu Szpojana!

Jako, że jest sobota i godzina 14 robi się nie OK, ale qrewsko daleko od OK!!!
Sklepy i serwisy już pozamykane...no, ale od czego Traper i jego Leatherman (znawcy wiedzą co to takiego, a laikom podpowiem, że to prawdziwy MULTITOOL)...dałem radę i jakoś zakułem ten cholerny łańcuch, pojechaliśmy delikatnie dalej!
Do Polski już tylko kawałek, a tu co raz więcej śniegu, nawet mijamy jeszcze działający wyciąg narciarski i narciarzy śmigająch na stoku.

Przy ostatnim piwie zastanawiamy się gdzie zrobić biwak...decydujemy się jechać dalej, do Polski.
I to był błąd, im dalej i wyżej wbijaliśmy się w góry to było więcej śniegu, w lesie jeszcze około metra.

Weszliśmy w las z Małym, można było coś tam urzeźbić, dla nas to normalka, ale jak to zobaczył Szpojan to tekstom o "pojebańcach" nie było końca, odpuściliśmy!
Zostało nam pchanie się przez Jaworzynkę, Istebną, Kubalonkę w stronę Wisły Głębce...już po ciemku.
Tam dotarliśmy do pociągu, humory oklapły, Mały jeszcze rzucił propozycję, aby wysiąść gdzieś po drodze w lesie, ale odzewu nie bylo :)

Tak dotarliśmy do Żwakowa...i podsumowaliśmy wypad "Pod Napięciem"!
Hej!




czwartek, 15 marca 2012

Baltic Tour 2006 cz.1 Szwecja


Czas na wrzucenie odrobiny historii...dzisiaj przedstawię wyprawę rowerową po krajach nadbałtyckich. Przez trzy tygodnie przełomu lipca i sierpnia 2006 roku, pięciu fanatyków wypraw rowerowych przemierzało Szwecję, Wyspy Alandzkie, Finlandię, Estonię, Łotwę i Litwę.

Zacznę od Szwecji, reszta krajów będzie w następnych postach.
Z Tychów wyruszyliśmy we dwójkę z Ptachem. Nocnym pociągiem dotarliśmy do Gdańska, gdzie był punkt zborny.
Tam rano, na Starym Mieście, oczywiście w knajpce, dołączyła reszta ekipy czyli Lorek z Leszna, Misiorny z Kórnika i Kozieł z Wrocławia.
Prom do Nynashamn odpływa o 18, przed nami prawie cały dzień. Pogoda piękna, więc decydujemy się jechać na plażę niedaleko Nowego Portu, skąd odpływa prom.
Tam nam szybko mija czas na kąpieli w morzu, posiadówie w smażalni przy rybce i piwie.
Jeszcze ostatnie zakupy w polskim sklepie, w "normalnych cenach" i kierujemy się do odprawy paszportowej przy  promie.
Zaokrętowaliśmy się sprawnie, rowery na dole przy samochodach, my w kajucie 4-osobowej w piątkę, więc wygód nie ma, ale nam to nie przeszkadza!

Prom odpływa, my robimy ostatnie foty nabrzeża i Westerplatte...stały ląd się oddala, a przed nami Bałtyk,
i 18 h podróży.
Coś z tym czasem trzeba zrobić, nie namyślamy się długo, jak większość pasażerów z resztą i kierujemy się
na pokład restauracyjny, tam zespół muzyczny ze swoim programem już czeka.
Bar też zaprasza, nam humory dopisują no i zaczęła się impreza...całonocna!!!
Rano, a raczej przed południem, lekko "wymięci" dostrzegamy już szwedzkie wybrzeże szkierowe. Prom wciska się między wąskie wysepki i po jakimś czasie cumujemy na przystani promowej w Nynashamn.
Szybka odprawa i witamy szwedzką ziemię. Nie marudząc, bo już wczesne popołudnie, kierujemy się w stronę Sztokholmu.
Pod wieczór znajdujemy fajne miejsce na biwak nad leśnym jeziorkiem...Szwecja to piękny kraj, na jedna noc można się rozbić praktycznie wszędzie. Pod warunkiem, że zostawisz miejsce biwakowe tak jak je zastałeś! Niby oczywiste, a zdarzył się nam "kwiatek" w postaci małego wysypiska elektrośmieci w środku lasu...widać ludzie i ludziska trafiają się pod każdą szerokością geograficzną!

Następnego dnia docieramy do Sztokholmu, w tak wielkim mieście chyba jeszcze nie byliśmy na rowerach.
I właśnie rower jest tam wspaniałym środkiem lokomocji...wszędzie ścieżki rowerowe z prawdziwego zdarzenia, nawet sygnalizacja świetlna dla rowerzystów. Kultura kierowców to zupełnie inna kwestia, te nasze buraki za kierownicą mogły by się dużo nauczyć, ale co kraj to obyczaj!
Tam nikt nie wyprzedzi rowerzysty jak nie ma dostatecznej widoczności, mieliśmy taki przypadek- jechaliśmy w kolumnie 5 rowerów w lesie, mała góreczka i za nami karnie jechał sznurek samochodów, nikt nie próbował się wychylić! U nas by robili wyścigi wyprzedzając na "trzeciego"!

Wróćmy do Sztokholmu. Przejazd przez przedmieścia z pobytem w centrum zajmuje nam prawie cały dzień, ale nie żałujemy, tam jest co oglądać...przed pałacem królewskim natknęliśmy się na uroczystą paradę, starówka z muzeum Nobla i ulicą "Tyska" też zrobiła na nas wrażenie.

 Korytko czyli kebab u Araba, piwo w portowej knajpce, fajnie się siedzi podziwiając od czasu do czasu miejscowe blond piękności...
Ale czas myśleć o biwaku, w mieście raczej nie będziemy się rozbijać, las czeka!


Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach znajdujemy odpowiednie miejsce, kawałek od drogi, miejsce biwakowe z zadaszeniem.
Właśnie tam odkryłem dzikie wysypisko śmieci, normalnie poczułem się swojsko...może nasi tam gdzieś byli w pobliżu? :) Dokumentacja foto obowiązkowa. Żeby jeszcze było mało to rano idąc w "krzaki" znalazłem dwa naboje śrutowe, widać jakiś roztargniony myśliwy zgubił...doprawdy, dziwne miejsce! :)




Następne dwa dni minęły nam na przemierzaniu lasów i wiosek bocznymi drogami, urozmaicone mostami nad wąskimi zatokami, właściwie fiordami wybrzeża szkierowgo. Jeszcze jeden biwak na łące i kierunek na północ, w stronę Grisslehamn, skąd odpływa prom na Alandy.



Po drodze mijamy Norrtalje, a później Almsta, bardzo przyjemna mieścina, robimy popas w pizzerii i dostrzegamy knajpę, a tam, o dziwo czeskie piwo "Staropramen".
Smakosze złocistego napoju tego tak nie zostawią, więc siadamy wszyscy na chwilę.
 Aaa...zapomniałem powiedzieć, że w Szwecji obowiązuje "prohibicja" :), w sklepach i knajpach piwo ma max. 3,5% alkoholu, więc nadmierne jego spożycie nam nie grozi!
Oazą "normalności" okaże sie prom na Alandy i jego sklepy bezcłowe oraz knajpy, gdzie my będziemy najtrzeźwiejszymi pasażerami! Ale o tym napiszę w następnym poście z tego cyklu...cdn.

PS. Jutro weekendowy wypad do Czechów, więc najpierw będą aktualności :)...ahoj!