czwartek, 15 marca 2012

Baltic Tour 2006 cz.1 Szwecja


Czas na wrzucenie odrobiny historii...dzisiaj przedstawię wyprawę rowerową po krajach nadbałtyckich. Przez trzy tygodnie przełomu lipca i sierpnia 2006 roku, pięciu fanatyków wypraw rowerowych przemierzało Szwecję, Wyspy Alandzkie, Finlandię, Estonię, Łotwę i Litwę.

Zacznę od Szwecji, reszta krajów będzie w następnych postach.
Z Tychów wyruszyliśmy we dwójkę z Ptachem. Nocnym pociągiem dotarliśmy do Gdańska, gdzie był punkt zborny.
Tam rano, na Starym Mieście, oczywiście w knajpce, dołączyła reszta ekipy czyli Lorek z Leszna, Misiorny z Kórnika i Kozieł z Wrocławia.
Prom do Nynashamn odpływa o 18, przed nami prawie cały dzień. Pogoda piękna, więc decydujemy się jechać na plażę niedaleko Nowego Portu, skąd odpływa prom.
Tam nam szybko mija czas na kąpieli w morzu, posiadówie w smażalni przy rybce i piwie.
Jeszcze ostatnie zakupy w polskim sklepie, w "normalnych cenach" i kierujemy się do odprawy paszportowej przy  promie.
Zaokrętowaliśmy się sprawnie, rowery na dole przy samochodach, my w kajucie 4-osobowej w piątkę, więc wygód nie ma, ale nam to nie przeszkadza!

Prom odpływa, my robimy ostatnie foty nabrzeża i Westerplatte...stały ląd się oddala, a przed nami Bałtyk,
i 18 h podróży.
Coś z tym czasem trzeba zrobić, nie namyślamy się długo, jak większość pasażerów z resztą i kierujemy się
na pokład restauracyjny, tam zespół muzyczny ze swoim programem już czeka.
Bar też zaprasza, nam humory dopisują no i zaczęła się impreza...całonocna!!!
Rano, a raczej przed południem, lekko "wymięci" dostrzegamy już szwedzkie wybrzeże szkierowe. Prom wciska się między wąskie wysepki i po jakimś czasie cumujemy na przystani promowej w Nynashamn.
Szybka odprawa i witamy szwedzką ziemię. Nie marudząc, bo już wczesne popołudnie, kierujemy się w stronę Sztokholmu.
Pod wieczór znajdujemy fajne miejsce na biwak nad leśnym jeziorkiem...Szwecja to piękny kraj, na jedna noc można się rozbić praktycznie wszędzie. Pod warunkiem, że zostawisz miejsce biwakowe tak jak je zastałeś! Niby oczywiste, a zdarzył się nam "kwiatek" w postaci małego wysypiska elektrośmieci w środku lasu...widać ludzie i ludziska trafiają się pod każdą szerokością geograficzną!

Następnego dnia docieramy do Sztokholmu, w tak wielkim mieście chyba jeszcze nie byliśmy na rowerach.
I właśnie rower jest tam wspaniałym środkiem lokomocji...wszędzie ścieżki rowerowe z prawdziwego zdarzenia, nawet sygnalizacja świetlna dla rowerzystów. Kultura kierowców to zupełnie inna kwestia, te nasze buraki za kierownicą mogły by się dużo nauczyć, ale co kraj to obyczaj!
Tam nikt nie wyprzedzi rowerzysty jak nie ma dostatecznej widoczności, mieliśmy taki przypadek- jechaliśmy w kolumnie 5 rowerów w lesie, mała góreczka i za nami karnie jechał sznurek samochodów, nikt nie próbował się wychylić! U nas by robili wyścigi wyprzedzając na "trzeciego"!

Wróćmy do Sztokholmu. Przejazd przez przedmieścia z pobytem w centrum zajmuje nam prawie cały dzień, ale nie żałujemy, tam jest co oglądać...przed pałacem królewskim natknęliśmy się na uroczystą paradę, starówka z muzeum Nobla i ulicą "Tyska" też zrobiła na nas wrażenie.

 Korytko czyli kebab u Araba, piwo w portowej knajpce, fajnie się siedzi podziwiając od czasu do czasu miejscowe blond piękności...
Ale czas myśleć o biwaku, w mieście raczej nie będziemy się rozbijać, las czeka!


Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach znajdujemy odpowiednie miejsce, kawałek od drogi, miejsce biwakowe z zadaszeniem.
Właśnie tam odkryłem dzikie wysypisko śmieci, normalnie poczułem się swojsko...może nasi tam gdzieś byli w pobliżu? :) Dokumentacja foto obowiązkowa. Żeby jeszcze było mało to rano idąc w "krzaki" znalazłem dwa naboje śrutowe, widać jakiś roztargniony myśliwy zgubił...doprawdy, dziwne miejsce! :)




Następne dwa dni minęły nam na przemierzaniu lasów i wiosek bocznymi drogami, urozmaicone mostami nad wąskimi zatokami, właściwie fiordami wybrzeża szkierowgo. Jeszcze jeden biwak na łące i kierunek na północ, w stronę Grisslehamn, skąd odpływa prom na Alandy.



Po drodze mijamy Norrtalje, a później Almsta, bardzo przyjemna mieścina, robimy popas w pizzerii i dostrzegamy knajpę, a tam, o dziwo czeskie piwo "Staropramen".
Smakosze złocistego napoju tego tak nie zostawią, więc siadamy wszyscy na chwilę.
 Aaa...zapomniałem powiedzieć, że w Szwecji obowiązuje "prohibicja" :), w sklepach i knajpach piwo ma max. 3,5% alkoholu, więc nadmierne jego spożycie nam nie grozi!
Oazą "normalności" okaże sie prom na Alandy i jego sklepy bezcłowe oraz knajpy, gdzie my będziemy najtrzeźwiejszymi pasażerami! Ale o tym napiszę w następnym poście z tego cyklu...cdn.

PS. Jutro weekendowy wypad do Czechów, więc najpierw będą aktualności :)...ahoj!





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza