poniedziałek, 19 marca 2012

Bogom nocy równi...

...Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy - jak mówił Piasecki.

Prognozy pogodowe były jednoznaczne, więc nie było się co zastanawiać, wzięliśmy rowery, szpej i w piątek wskoczyliśmy w pociąg do Zebrzydowic. Przez granicę śmignęliśmy na rowerach i za chwilę byliśmy już na przedmieściach Karviny.
Oczywiście najpierw trzeba zahaczyć o jakąś piwiarnię, czeskiego "capovanego" należy spróbować!
A tutaj czy przypadek czy przeznaczenie, trafiamy na tą samą karczmę co w marcu zeszłego roku.
Barmanka oczywiście nas poznała! My grzecznie po jednym i zmykamy nad Olzę szukać miejsca na biwak.

Dość szybko znaleźliśmy odpowiednie krzakowisko nad samą wodą, suchego drewna dużo-jak to nad rzeką, więc ognisko paliło się w mig.

Biwaczek jak zawsze czyli cos na ząb, coś do kubka i nyny pod gwiazdami!
Poranek powitał nas wschodzącym słońcem za rzeką, ognisko już się paliło, bo Szpojan z Małym spać nie mogą jak normalni ludzie.
Dzień zapowiada się zajebisty, szybkie śniadanie i w drogę w stronę Cieszyna.
Tam Radegast na dobry początek dnia i niestety parę kilometrów główną drogą do Trinca, gdzie odwiedzam zaprzyjaźniony sklep rowerowy i kupujemy dokładną mapę tamtego rejonu.

W końcu wjeżdżamy w tereny wioskowo-leśno-barowe, nasz habitat!
Tam inny świat, wszędzie oznakowane ścieżki rowerowe, asfaltowe i bite, pusto i spokojnie, ludzie na rowerach, czasem na koniach, sielanka!
W jednej z wiosek zajeżdżamy do knajpki z pensjonatem, degustujemy Budvara i oglądamy fajne "jacuzzi" w ogrodzie, podgrzewane paleniskiem .
W przyszłości zastanawiamy się nad kilku osobową imprezą w tym miejscu, bo szef pensjonatu opowiadał, że dzień przed naszym przyjazdem była grupa z Polski i pół dnia moczyli się w "wannie"!

Fajnie się siedzi w słońcu, ryjki już przypieczone, ale trza się rozglądać za kolejnym biwakiem.
Postanowiliśmy kierować się w stronę Polski i dawnego przejścia granicznego w Jasnowicach. Dajemy w dół do Jablunkova i już w mieście Szpojanowi pęka łańcuch...on już pełna załamka, katastrofa! Uspokajam sytuację mówiąc, że mam sprzęt serwisowy i jest OK! Pod barem bierzemy się za naprawę łańcucha, ale tam mój "super lekki" multitool rowerowy pęka na "super twardym" łańcuchu Szpojana!

Jako, że jest sobota i godzina 14 robi się nie OK, ale qrewsko daleko od OK!!!
Sklepy i serwisy już pozamykane...no, ale od czego Traper i jego Leatherman (znawcy wiedzą co to takiego, a laikom podpowiem, że to prawdziwy MULTITOOL)...dałem radę i jakoś zakułem ten cholerny łańcuch, pojechaliśmy delikatnie dalej!
Do Polski już tylko kawałek, a tu co raz więcej śniegu, nawet mijamy jeszcze działający wyciąg narciarski i narciarzy śmigająch na stoku.

Przy ostatnim piwie zastanawiamy się gdzie zrobić biwak...decydujemy się jechać dalej, do Polski.
I to był błąd, im dalej i wyżej wbijaliśmy się w góry to było więcej śniegu, w lesie jeszcze około metra.

Weszliśmy w las z Małym, można było coś tam urzeźbić, dla nas to normalka, ale jak to zobaczył Szpojan to tekstom o "pojebańcach" nie było końca, odpuściliśmy!
Zostało nam pchanie się przez Jaworzynkę, Istebną, Kubalonkę w stronę Wisły Głębce...już po ciemku.
Tam dotarliśmy do pociągu, humory oklapły, Mały jeszcze rzucił propozycję, aby wysiąść gdzieś po drodze w lesie, ale odzewu nie bylo :)

Tak dotarliśmy do Żwakowa...i podsumowaliśmy wypad "Pod Napięciem"!
Hej!




2 komentarze:

  1. oj leszcze leszcze...czona brakło wam jeszcze;)))

    OdpowiedzUsuń
  2. oj leszcze leszcze trza słuchać bawgaja jeszcze ;)

    OdpowiedzUsuń