piątek, 2 marca 2012

RUMUNIA wrzesień 2011

…zacznę od wyprawy rowerowej do Rumunii w zeszłym roku…chronologii nie będę wprowadzał, będą wyprawy „historyczne” i bieżące ;)…
Na początku września zeszłego roku zjawiliśmy się z kumplem na stacji PKP w Tychach, z objuczonymi rowerami, jak przystało na kilkunastodniową eskapadę do Rumunii. Bez szczegółowego planu, to zawsze wychodzi w „praniu”, a jedynie z kierunkiem na pogranicze ukraińsko-rumuńskie i ramami czasowymi około 10 dni. Wybieramy zawsze trasę przez Słowację i Ukrainę, zaraz powiem dlaczego…koleje słowackie a nawet ukraińskie są zdecydowanie lepsze i tańsze od naszych, na Słowacji widać, że coś się zmienia na lepsze, ale to taka dygresja ! ;) …wracając do tematu, pakujemy się z naszymi rumakami do „żółtka”, myślę, że wiecie co to ?...długie, trzeszczące i wolno jadące…nasze składy EZT :), a że jest około południa to na szczęście w miarę pusto. Po 2,5 h docieramy do Zwardonia, dalej z górki już naszymi maszynami do Cadcy na Słowacji - 20 km robimy w moment. Dalej znów kawałek pociągiem do Ziliny, bo główną drogą 33 km wśród samochodów to, ani przyjemne, ani bezpieczne. W Zilinie trochę czekamy na „rychlik” czyli ichniejszy pośpieszny do Kosic, ale tam akurat jest przyjemnie, fajny rynek z knajpkami no i „capovanym pivem”, więc raczej się nie nudzimy! :) W pociągu inny świat, rumaki stoją sobie spokojnie w „stajence” czyli wagonie bagażowym,a my w restauracyjnym podziwiamy góry, oczywiście przy kufelku złocistego napoju i dobrym „korytku” w rozsądnej cenie, oczywiście!...tutaj przytyk do PKP :). I w takiej atmosferze droga do Kosic przelatuje nam jak z bicza strzelił. Tam kolejna przesiadka na osobowy do Ciernej nad Tisou, gdzie meldujemy się późnym wieczorem. Znów mamy szczęście, bo za chwilę przyjeżdża ekspress z Belgradu do Moskwy, do którego, jako, że to stacja graniczna, podczepiają jeden skromny wagonik do przewozu miejscowych i takich włóczęgów jak my, przez granice. I całe szczęście, bo alternatywą jest czekanie do rana i przejście piesze - 20 km dalej, albo „wagon” następnego dnia! Pięciokilometrowa podróż „wagonem” trwa 1,5 h …odprawa paszportowa na granicy unii :)  i lądujemy na ukraińskiej ziemi w Czopie. Stacja ma wygląd muzeum, oczywiście in plus, marmury, stiuki, malowidła…i bar… godzina 1 w nocy, żywego ducha nie ma, nie licząc pograniczników, celników, milicjantów itp., ale bar czynny… i jakby wyjęty z innej epoki. Barmanka, która swą młodość już dawno zapomniała, podała nam herbatę i kawę, z termosu! :)Za dwie godziny mamy „pośpiech” już pod granicę rumuńską do Sołotwina , 170 km pociąg jedzie 5 h…, ale za to za ile!!!... plackarty, czyli miejsca leżące (z pościelą!) kosztowały nas około 15 zł na dwóch, za rowery miał nas skasować wagonowy, ale nie skasował! więc taniocha:). Pospaliśmy trochę, dojechaliśmy do Sołotwina, szybkie zakupy na bazarze i w sklepie ( procenty w dobrej cenie :) ), i skok przez most graniczny na Tisie do rumuńskiego Sighetu, szybki, bo nie musieliśmy stać w „mrowisku” czyli kolejce „mrówek”, tutaj ukłon w kierunku ukraińskich celniczek :). Za Tisą już bardziej europejsko, trochę jak u nas na „ścianie wschodniej”- zawsze miło mi się tutaj wracało :)- jest godzina 9, a my już na rumuńskiej ziemi :). Śniadanko za miastem i kierujemy się w góry, na wschód, oczywiście, bocznymi drogami, chwile jest asfalt, pózniej droga bita i nasza „ulubiona” gruntówka, która i tak się kończy. To są tzw. „skróty”, które niektórych moich kumpli (tych bardziej miękkich ) doprowadzają do szału ! :) My dzielnie ciśniemy rowery do góry na grzbiecik, a tam już ścieżynka w dół, do następnej wioseczki, gdzie docieramy w końcu do asfaltu i pierwszego baru, zwanego po rumuńsku „popasul”. Jako, że słońce świeci, pić się chce, a człowiek nie wielbłąd, „zarzucamy” pierwsze rumuńskie piweczko „Ursus” :). Tym bardziej, że przed nami pierwsza poważna przełęcz. Pokonujemy ją i na jej szczycie nagroda w postaci polany z widokiem na góry. Pada decyzja, jako, że już popołudnie, noc przespana tak sobie, zostajemy !
No i standard …namiot, ognisko i kociołek, wieczorkiem herbatka z ukraińskim „prądem”:), do snu oraz odstraszenia niedźwiedzi, o których kumpel coś za często zaczął mówić! :). Poranek przywitał nas mgłami w dolinach, ale zapowiadało się słonecznie, więc szybkie śniadanie, pakowanie i w dół, w dolinę Viseu. Kierujemy się na Viseu de Sus, miasteczko u wylotu doliny rzeki Vaser,  mam tam swój chytry plan ! :) W tym miejscu jest początkowa stacja wąskotorowej kolejki górskiej, którą drwale ściągają drewno z gór Maramures.
 Do tej pory ona działa, ma ponad 45 km długości, ciągnie się wąską doliną wzdłuż rzeki Vaser. Jest też udostępniona dla turystów, ale trasa „turystyczna” jest tylko do 20 kilometra, wagony wygodne, dla „białych” ludzi :), ciągnięte przez lokomotywkę i na końcowej stacji wielkie, komercyjne „grillowisko”, łącznie z grillami gazowymi ! To nas na pewno nie interesuje! Jako, że już popołudnie, kiedy dotarliśmy do kolejki, kierujemy się drogą wzdłuż torów w głąb doliny. Mijamy niesamowitych ludzi i wioski, jakby czas się zatrzymał 200 lat temu. W ostatnim sklepo-barze (urok ukraińsko-rumuńskiego pogranicza) robimy zakupy i w pięknych okolicznościach przyrody spożywamy browara, przy stole i na stołkach z pni :), ostatniego barowego na wiele dni !
Za wsią się rozbijamy nad rzeką, i znów ognisko, boski kociołek i herbatka, niebo niesamowicie wygwieżdżone, zapowiada piękną pogodę - co rano się potwierdza. Wstaliśmy wcześnie, bo trzeba „łapać” nasz pociąg z drwalami…miał być około 7, a tu nic, więc bierzemy nasze rumaki i pchamy je po torach w głąb doliny, aby nie marnować czasu. Nagle coś słyszymy , coś jedzie z przeciwka…szok stary Ford Transit na szynach !!! :) …okazało się pózniej, że nie ostatni taki pojazd.
 No, ale nic, my wbijamy się dalej w dolinę…jako, że wyruszyliśmy bez śniadania, głód zaczyna doskwierać, co widać po moich zakusach na pstrągi w rzece, macham wędką co chwilę, bez rezultatu, niestety ! :( Więc zostaje to co mamy w sakwach …zabieramy się za śniadanie, a tu moje uszy zaniepokoił dziwny hałas…patrzymy, a za zakrętu wyłania się lokomotywa, wolno pnie się wzdłuż rzeki pod górę, i nie widać końca platform, wagonów i lor do drewna…oczywiście śniadanie poszło się… ,szybkie pakowanie i machamy do maszynisty, okazało się, że zajebistego !!! :)

 …ten długaśny wąż wagonów zatrzymał się, drwale pomogli nam wpakować rowery na ich platforme, gdzie siedzieli i ruszyliśmy. Jak zawsze pytania skąd, gdzie, dokąd …norma …jako ,że był poniedziałek to tym pociągiem jechało całe zaopatrzenie do wszystkich przysiółków głęboko w górach, gdzie pracują Ci drwale, a pracują do soboty. Ludzie niesamowici, prawdziwi ludzie gór, surowi jak i one…atmosfera na platformie była, jakbyśmy się znali od lat, oni wyjęli palinkę, my piwo, dostaliśmy dwa bochenki świeżego chleba, i tak od stacyjki do stacyjki, z co raz mniejszą ilością wagoników i lor
 …i tak przez ponad 4 h…,w końcu czas rozstania z ekipą drwali i z kolejką, żegnamy się z ludźmi i resztkami cywilizacji, teraz wkraczamy w absolutną dzicz i odludzie, taki jest Maramuresz , na pograniczu ukraińsko-rumuńskim, okolice źródeł Vaseru i Czeremoszu. Teraz wilki i niedzwiedzie są już realnym zagrożeniem, czego wyraźnym znakiem są tropy, a nazwy na mapie „izvorul Ursuli” czyli niedzwiedzie źródło to potwierdzają ! :) Droga wykuta w skale, dziki potok w dole, bezkresne góry nad nami, to są nasze klimaty . Pniemy się w stronę połonin na górze, więcej pchając rowery niż jadąc, mijamy po drodze stare sztolnie kopalni rud metali kolorowych oraz uranu .
 Kopalnie były jeszcze czynne pod koniec ubiegłego wieku, o czym się dowiedzieliśmy pózniej od górala na połoninie, gdzie w końcu docieramy pod koniec dnia. Nocleg przy prawdziwej bacówce, zero wygód, ale atmosfera miła i ciepła. Jak zwykle tutaj to zasługa ludzi, niezwykle otwartych i życzliwych
 …palinka zagryzana prawdziwym serem maczanym w grubej soli smakuje wybornie ! :)…oczywiście znów kociołek, robiony na palenisku w bacówce, gospodarz jest pełen uznania dla naszych zdolności kulinarnych :).
 Rano czas ruszać dalej, wbijamy się co raz bardziej w góry, turystów nie widzieliśmy wcale i widzieć nie będziemy jeszcze długo…i dobrze, to nam odpowiada! Spotykamy tylko tubylców, takie są te tereny,  oby jak najdłużej! Docieramy do granicy tamtejszych województw, zostawiamy za sobą Maramures, a wjeżdżamy do Suceavy, niedaleko bukowina z polskimi wsiami. My kierujemy się już bardziej na południe, długa dolina przed nami, po ponad 20 km zjazdu, napotykamy przysiółek u zbiegu kilku mniejszych dolin, kilka domów i punkt skupu grzybów, jest już po południu, więc przy samochodach handlarzy kłębi się tłum zbieraczy, którzy przynoszą dzienny „urobek”…niesamowity konglomerat ludzki i ciekawy temat dla reportera, my robimy trochę fot i zmykamy dalej, do Carlibaby jeszcze ponad 20 km, a słońce co raz niżej.
 W końcu docieramy do kolejnego naszego „pit stopu”, oczywiście lądujemy w punkcie zbornym dla męskiej części wioski, czyli pod baro-sklepem. I, jak zwykle, zaciekawienie smakoszy lokalnego browaru…skąd jesteśmy, co robimy i dokąd się wybieramy. O dalszej jeździe nie ma mowy, już mamy zakwaterowanie w ogrodzie jednego z kompanów :).
 Nie ukrywamy, że taki finał nam bardzo pasuje…piweczko w towarzystwie rumunów, ukraińców i hucułów bardzo nam się podoba, bariery językowej nie ma, bo to pogranicze, tygiel kulturowy, kiedyś tam była Polska, do tej pory często spotykamy stare polskie słupki graniczne. Nocleg w ogrodzie nad rzeką, przy ognisku był znakomity …pogoda jak drut, poranek rześki, kąpiel w potoku i w drogę, tym razem już na południe, i pod górkę. Kierujemy się w stronę gór Rodniańskich, wysoki szczyt Pietrosula widać w oddali. Kilometry uciekają powoli, ale droga też nas nie rozpieszcza, „żółta” na mapie, czyli drugiej kategorii, tutaj w górach jest drogą bitą…teraz i tak szeroka i równa, bo kilka lat temu był to wyboisty szlak górski :). Po kilku godzinach jesteśmy na przełęczy Rotunda, i upragniony zjazd w dół.
 Widoki oszałamiające, dookoła góry, droga dalej bita, więc trzeba uważać, teraz doceniam pełną amortyzację w moim rowerze, damper aż gorący od tej jazdy! :) Po kilku kilometrach ostrego zjazdu docieramy do dna doliny. Jedziemy wzdłuż potoku, strasznie korcą mnie progi na nim, a właściwie pstrągi, które próbują je pokonać, nie wytrzymuję i wędka idzie w ruch, kolacja już jest, niby park, ale z coś trza zjeść…pssst , nikt nie widział, a smakowały wybornie ! :)No, i ostatni nocleg w górach, ostatnie spokojne miejsce, za parę kilometrów już cały ciąg wiosek i miasteczek.
 Ale póki co, cieszmy się chwilą i dziką przyrodą, ogień płonie, po pstrągach tylko wspomnienie, leżymy na karimatach przy ogniu, oczywiście herbatka z palinką… i znów gwiazdy nad nami…
Poranek przywitał nas mgłami, całe szczęście słońce się zaraz przebiło i wysuszyło namiot, szybkie śniadanie i w drogę ...pojawia się asfalt ! :) tak już będzie do końca - CYWILIZACJA!!!
…zrobiliśmy kilkadziesiąt kilometrów i pogoda się psuje, zaczyna padać. Co jest najlepsze na deszcz, na pewno nie jazda rowerem, więc pierwszy napotkany bar jest naszą przystanią …gorąca herbata BEZ PRĄDU!!! …bo to już cywilizacja, i lepiej się nie narażać policji :).
Całe szczęście, że front szybko przeszedł i przestało padać, możemy ruszać… wysokie góry i dzicz za nami, a przed nami… widmo powrotu :(.
…i, już w pociągu  plany następnej wyprawy!
AHOJ PRZYGODO !!! :)                     

3 komentarze:

  1. Misiu, brawo!! Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem, mam nadzieję osobiście uczestniczyć w tworzeniu historii tego bloga!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie jest powspominać dobry czas... Pikantniejsze kawałki gdzieś Ci (puszko) się zawieruszyły ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Mic,gratulacje...fajny pomysł na przekazanie własnych doznań...
    z chmielowo-dziewiczego świata;)Powodzenia na szlakach Necco Mic

    OdpowiedzUsuń