niedziela, 11 marca 2012

Sezon rowerowo-krzakowy 2012 rozpoczęty!

Pogoda jest jaka jest, każdy widzi, ale natura ciągnie wilka do lasu.
Już drugi weekend marca, za chwilę połowa miesiąca, a my jeszcze nie okulbaczyliśmy naszych rumaków, więc znów szybkie hasło i Bawgaj, Czon, Szpojan oraz ja szykujemy sprzęt outdoorowy, ładujemy do sakw i ruszamy przegonić zimę z lasu!

Piątek po południu, więc kierujemy się na Kobiór, gdzie robimy zakupy i wbijamy się w las pędząc w stronę Królówki i "naszego" baru u Maxa, docieramy tam już po zmroku, dama za barem oczywiście wita nas uśmiechniętą facjatą, bo nie widziała nas parę miesięcy.

Rybnickiego Fulla jeszcze nie ma, ponoć tylko my pijemy tam takie wynalazki, a wiosna się jeszcze nie zaczęła!
Musimy się zadowolić tyskim Żubrem, ale jakoś nam to specjalnie nie przeszkadza!
Do pierwszego kufelka "sznita z tustym" gratis, my dostajemy też do następnych :).

Powitanie zaliczone, trza uciekać do lasu na biwak, pod naszego buka. Mróz się robi tęgi i szybko rozpalamy ognisko, aby jeszcze zasiąść dookoła! Dystans pierwszego popołudnia to 22 km.

Ziemia jeszcze tak zmarznięta, że nie można wbić patyka z kiełbasą. Posiedzieliśmy do północy i trzeba pomyśleć o legowisku! Śpimy pod chmurką, karimaty na ziemi i śpiwory, nad ranem żałowałem, że nie wziąłem zimowej puchanki tylko cienkiego, wiosennego Małacha, dupa mi trochę zmarzła!
Sobotni poranek przywitał nas słońcem i z każdą chwilą było cieplej. Szybkie śniadanie i obieramy kierunek na południe, w stronę zbiornika Goczałkowickiego.
Po drodze mijamy małe miejscowości, drogi wybieramy podrzędne, asfaltowe, gruntowe i leśne.
W Strumieniu robimy popas w pizzeri na rynku, całkiem przyzwoite korytko w dobrej cenie.
Wychodzimy obżarci jak oposy...ale jeszcze jest miejsce na "Brackie" w knajpie za Wisłą, pamiętającej wczesnego Gierka!
Jedno piweczko i uciekamy opłotkami w kierunku lasów po południowej stronie jeziora.
Znalezienie dobrego miejsca nie jest łatwe, bo tam już tereny podmokłe...całe szczęście, że ziemia jeszcze zmarznięta, więc można w miarę swobodnie poruszać się poza ścieżkami.
W końcu udaje się nam ulokować dość głęboko w lesie, za ambonami myśliwskimi, wśród ścieżek zwierzyny. A jest jej tam widać dużo, bo co chwilę nam sarny przebiegały drogę. I tak nam minęło sobotnie pedałowanie przez około 40 km.

Popas przy ognisku fajny, ale krótki, bo około 20 zaczęło kapać z nieba...trochę jeszcze posiedzieliśmy przy ognisku, ale trza było się jakoś przygotować do spania w krzakach i zabezpieczyć przed deszczem!
Ja na spiwór "enercete", kumple folie i nyny około 22 godziny.
Całe "szczęście", że kropił deszcz, bo nie było zimno...ale raczej się nie wyspaliśmy.
Rano zebraliśmy się około 6.30 i lasami pomknęliśmy ku zaporze, dobrze, że bez większego deszczu.
Niestety w Pszczynie już zaczęło wiać i padać...decyzja - pociąg do Tychów!
Jeszcze mycie ubłoconych rowerów na myjni i do domku!





 Sezon rowerowy uważamy za otwarty!!! :)








2 komentarze: