środa, 6 marca 2013

MIĘDZY ZIMĄ A WIOSNĄ

Koniec lutego, a natura ciągnie w las...więc trza rozpocząć sezon rowerowo-sakwowy 2013!!! Pierwszy biwak w lesie koło Chybia
i od razu zaczęło się na ostro, bo rozbiliśmy się za blisko drogi.
Skutkowało to naszym zdemaskowaniem przez Straż Leśną.
Trzy godziny tkwiliśmy na swoich pozycjach, ani my nie kwapiliśmy się
do nich, ani oni do nas. Pewno myśleli, że dopadli kłusowników, albo innych złodziei drewna i czekali, aby złapać na gorącym uczynku! ;)
Poszliśmy spać, a przeciwnik w końcu oświetlił teren, podszedł...
i zobaczył rowerzystów, śpiących w śpiworach.
Nawet nas nie budzili, wkur... wrócili do samochodów i odjechali. Tym sposobem spieprzyliśmy im wieczór!

Rano kierunek Czechy i oczywiście "czapowane"!
Pogoda barowa, Karvina blisko, więc namawiać nie trzeba, Radegast wchodzi wyśmienicie!
W końcu docieramy nad zbiornik zaporowy koło Terlicka, oczywiście jeszcze zamarznięty, tam biwaczek z nieodłącznym kociołkiem. Temperatura około 0C, trochę wilgotno, ale nam to nie przeszkadza, szczególnie mnie,
bo testuję moją "jedynkę", psią budę marki "Gossamer" Jacka Wolfskina.
Spisała się dobrze! Chłopaki testują same śpiwory, ale mrozu nie ma, więc dają radę. Poranne rytuały i zbieramy się do Polski, po drodze jeszcze zaliczamy ostatnie piweczko na fajnym rynku w Karvinie.
Rowerowy początek sezonu uważamy za otwarty! :)









Było trochę wiosny w zimie, teraz będzie trochę zimy na wiosnę czyli chyba ostatnie narciarskie śmiganie!



Początek marca na Pilsku, warunki całkiem znośne jak na ten "skansen narciarski".
Trochę twardo, ale dajemy radę. Pełne słońce, śnieg zmrożony, krawędzie trzymają, więc dajemy pełny ogień, trzeba wykorzystać te ostatki!
Wszelkie niedociągnięcia ośrodka rekompensują bajkowe widoki.
Szczególnie jak wyszliśmy na szczyt Pilska. Panorama Tatr i Małej Fatry na południu, samotny masyw Babiej na wschodzie, i to wszystko przy bezchmurnym niebie. Po prostu bajka!

Zjazd ze szczytu był fantastyczny...już po prawie pustych trasach.
Chyba ostatni w tym sezonie...oby do wiosny!!! :)

czwartek, 14 lutego 2013

BAŁKAŃSKIE REMINISCENCJE cd.

...jak już wcześniej wspominałem, dzielnie pedałujemy w górę Driny, jeszcze kilka kilometrów i będziemy
w miejscu jej narodzin czyli u styku dwóch górskich rzek - Tary i Plivy.
Spotkanie tych dwóch rzek, a zarazem początek Driny jest punktem granicznym między Bośnią i Czarnogórą, jest tam też zlokalizowane drogowe przejście graniczne ze pięknym, stalowym mostem z ubiegłej epoki. Wyraźnie widać, że wkraczamy w tereny zagospodarowane turystycznie, co krok campingi, nowe, z nowoczesnym zapleczem...a co z tym się wiąże z europejskimi cenami!
Infrastruktura turystyczna ma związek z tym, że ten rejon jest znany z raftingu, szczególnie na rzece Tara,
wprost wymarzonej dla tego sportu.











Przejście graniczne wita nas kolejką oczekujących, jakże zapomniane dla nas czasy! Trzeba swoje odczekać, ale widoki dookoła bajkowe, więc czas szybko mija i po godzinie już wspinamy się dalej, tym razem już po czarnogórskiej stronie Tary.
Droga fantastycznie wije się wzdłuż kanionu, widoki zapierające dech, co chwila droga graniczy z przepaścią! I zaczyna się robić sucho, jak bardzo to dowiemy się dopiero jutro, na płaskowyżu, poprzecinanym kanionami, gdzie woda płynie tylko na ich dnie! Biwak robimy pod budką strażnika parku, o tej porze roku jeszcze nieczynną. Całe szczęście, że koło niej ktoś zostawił parę butelek z wodą, było się czym umyć po upalnym dniu! Jak zwykle małe ognisko i bośniacki kurczak z rusztu, znów cudowne, górskie niebo i nyny w budzie strażnika.
Poranek znów przepiękny, słońce przygrzewa mocno, a my dość poważnie wysuszeni. Oporządzamy się i dalej do góry, na płaskowyż.
Droga super, wąski, ale równy asfalt, więcej nie trzeba, bo w ciągu dnia widzieliśmy 3 auta, ludzi też niewiele więcej. Oznakowanie doskonałe, znaki turystyczne, tabliczki informacyjne...widać, że tutaj doceniają turystów.
Bezapelacyjnie najlepsze oznakowanie na Bałkanach!
Na płaskowyżu teren usiany wszelkimi formami krasowymi,
dookoła skały wapienne, więc nie dziwne. Szczególnie malowniczo
prezentowały się leje krasowe! W lesie pozostałości zimowego śniegu,
całe szczęście, bo jest czym ugasić pragnienie.
No i nareszcie możemy podziwiać w całej okazałości masyw Durmitoru!
To już prawdziwie alpejskie widoki, śniegu mnóstwo, po prostu
boskie widoki w takim słońcu!














Płaskowyż kiedyś się kończy i docieramy do kanionu Suszycy,
na krawędzi widok porażający, pod stopami kilkuset metrowa
przepaść i potok płynący na dnie!


















Droga, już szutrowa, prowadzi nas zboczem kanionu do jego początku,
którym jest cyrk polodowcowy pod ścianami Durmitoru.
Po drodze spotykamy rosyjskich rowerzystów, jest to już druga grupa z Rosji,
a jeszcze dwie spotkamy później! Przez cały wyjazd widzieliśmy tylko turystów
z Rosji. Rosjanie i Czarnogórcy chyba mają do siebie sentyment!
Ostrymi serpentynami docieramy do początku kanionu, a zarazem rzeki Suszycy, tam ukazuje się nam przepiękny widok - górskie jezioro,
coś jak nasze Morskie Oko, i niesamowita rzecz - pusto, zero ludzi!


Biwak w takim miejscu jest bajkowy!!!
Więc nie namyślając się rozkulbaczamy rumaki, szykujemy
ognisko i przygotowujemy kociołek. Po raz drugi rozbijamy
namiot, ze względu na pętające się po okolicy niedźwiedzie,
no i robimy sobie regularną imprezkę, łącznie z kąpielą w lodowatej wodzie! Takie miejsce trzeba uczcić! Namiot się przydał, bo to już jednak góry i w nocy lekko przypiździło, ale rano ledwo tylko słońce wychyliło się to zaraz trzeba było się rozbierać. Opuszczaliśmy to miejsce ze smutkiem, bezkonkurencyjny biwak!






Po drugiej stronie kanionu, jak wspinaliśmy się na dalszą część
płaskowyżu konieczna była sesja zdjęciowa, widoki powalające!



















Ekspozycje niesamowite, szutrowa droga znów się wije do góry, a na rozgrzanych słońcem kamieniach
wygrzewają się żmije nosorogie, wyjątkowo ich dużo w tej okolicy,więc trzeba
uważać na gadziny! W tych rejonach ugryzienie ma tylko jeden skutek,
chyba, że masz ze sobą szczepionkę i odpowiednie umiejętności.


Jeszcze ostatnie foty północnego masywu Durmitoru i kierujemy się w stronę środkowej części kanionu Tary, który jest zarazem wschodnią granicą Parku Narodowego Durmitor.
Wysokość jest słuszna to i śniegi jeszcze poważne, całe szczęście, że na poboczu nie na drodze, już asfaltowej. Pniemy się kilka kilometrów do góry i przełęcz znów nam wynagradza wielokilometrowym zjazdem do Żabliaka. To takie
ichniejsze Zakopane, oczywiście w mniejszej skali, a na bank o mniejszej pazerności autochtonów! Bo te nasze zakopiańskie to zamiast oczu dutki mają!
                                                             
                                                                     






W Żabliaku robimy popas, jako, że to kurort z knajpami, sklepami itp,
w końcu zasiadamy przy lanym Niksicku, zajebiste piweczko, po takiej
wyrypie smakuje wybornie. Zakupy w markecie, oczywiście spotykamy grupę Rosjan, znów pytania skąd, dokąd i po co ? Chyba jesteśmy lokalną atrakcją, bo to przed sezonem i stonki turystycznej jeszcze nie ma! Ale trza się zbierać, bo coś się w końcu chmurzy, i myśleć o jakimś biwaku.
Dość długo zjeżdżamy drogą, już cywilizowaną, bo nawet patrol ichniejszej
drogówki mijamy, polują z "suszarką". Nam się udaje, nie zatrzymali nas, bo też przekroczyliśmy prędkość jadąc z górki! ;)
Docieramy do kanionu Tary, ale nie chcemy jechać główną drogą, która idzie dołem przy rzece, tylko wbijamy się w interior nad krawędzią kanionu i jedziemy wąską drogą przez las do najbliższej wioski. Tam pytamy o drogę tubylca, dobrze, że spotkaliśmy, bo wszędzie raczej pusto i prędzej na czuja znajdujemy
opuszczoną chałupę. To będzie nasz "Hilton" na dzisiejszą noc!

Jak zwykle ognisko i coś do ogniska, bo zapasy zostały zrobione.
Martwią tylko ciemne chmury nad głowami, ale na najbliższą noc
mamy spokój w naszym "apartamencie".
Rano po śniadaniu kierujemy się na południe, wzdłuż kanionu i wypadałoby
znaleźć jakieś zejście w dół, co nie jest proste patrząc na stromizny koło nas.
Droga już dawno gruntowa i leśna, nawet śnieg się pojawia, ale brniemy dalej.
Po kilku kilometrach napotykamy dom na zboczu, a przy nim stara terenowa Toyota, więc uderzamy tam zasięgnąć języka. Przyjmuje nas przemiły właściciel sklepu z pobliskiej miejscowości, który przy okazji i chyba dla przyjemności
hoduje pszczoły, ma sad śliwkowy i pędzi rakiję...oczywiście ugościł nas po królewsku - domowy ser , jagnięcina, miód prosto z plastra i rakija, a jakże!
Jeszcze dostaliśmy na drogę - wałówka i flaszka!...

Pogadaliśmy, popiliśmy i ruszyliśmy dalej,
prowadzeni wskazówkami danymi nam przez naszego dobroczyńcę! To się nazywa gościnność!!!
Dalej czyli w dół, do rzeki i głównej drogi w stronę
Mojkovaca, kresu rowerowo-górskiej eskapady!



Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na Tarę z tej wysokości...

               
Na dole, im bardziej na południe, kanion zamieniał się w szeroką dolinę,
pozbawiając rzekę dzikości. Przed nami zaczął się rysować Mojkovac,
dość duże miasto położone przy trasie kolejowej Belgrad-Bar.
Pogoda zaczęła się psuć, więc myślimy o odwrotach, ale to rano.
Teraz jeszcze tradycyjne zakupy i szukamy miejsca na biwak.
Znajdujemy go w sąsiedniej dolince, przy opuszczonym domu.
Ognisko, ostatni kociołek i śpimy wewnątrz pustego domu.
Poranna kąpiel w potoku kończy nasze górskie traperstwo.
Odwrót czyli powrotna odyseja kolejowa zaczyna się na stacji Mojkovac. Teraz parę słów o trasie kolejowej Belgrad-Bar. Jest to jedna z najpiękniejszych tras kolejowych, i to chyba na świecie! Ma 477 km długości, na jej trasie są 252 tunele i chyba podobna ilość mostów i estakad, w tym najwyższy most w Europie, 200 metrów nad lustrem wody rzeki Mała Rijeka, a jego długość to 499 metrów!
Wrażenia z jazdy niezapomniane, widoki z okien pociągu fantastyczne!
Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze przerwę w Użicach i biwak pod dębem nieopodal, taki mały przerywnik ;)
Do Belgradu dotarliśmy dzień później. Na dworcu obiad w "naszym" barze, konkretny, z lanym piweczkiem, obok nas policjanci na służbie
też się raczyli browarkiem, więc dziki luz ;)

      









Kolejnym pociągiem kulamy się do Nowego Sadu, wysiadamy późnym popołudniem, więc trzeba "uzbroić" rower w odpowiednią "broń" na wieczorne posiedzenie! Z zapasami na ostatni biwak udajemy się w płaskie jak stół pola, celem znalezienia spokojnego miejsca na zasłużony spoczynek, oczywiście po uprzednim spożyciu ostatniego serbskiego piwa pod rozgwieżdżonym niebem!
Niestety, już bez ogniska...


Następnego dnia już w szybkim tempie kilkoma pociągami dokulaliśmy się do Polski...zakończenie i podsumowanie
oczywiście odbyło się przy stacji Tychy Żwaków,
w naszym stałym miejscu kończenia wypadów czyli

               "POD NAPIĘCIEM"

...planując następną wyprawę!!!

AHOJ PRZYGODO...