czwartek, 14 lutego 2013

BAŁKAŃSKIE REMINISCENCJE cd.

...jak już wcześniej wspominałem, dzielnie pedałujemy w górę Driny, jeszcze kilka kilometrów i będziemy
w miejscu jej narodzin czyli u styku dwóch górskich rzek - Tary i Plivy.
Spotkanie tych dwóch rzek, a zarazem początek Driny jest punktem granicznym między Bośnią i Czarnogórą, jest tam też zlokalizowane drogowe przejście graniczne ze pięknym, stalowym mostem z ubiegłej epoki. Wyraźnie widać, że wkraczamy w tereny zagospodarowane turystycznie, co krok campingi, nowe, z nowoczesnym zapleczem...a co z tym się wiąże z europejskimi cenami!
Infrastruktura turystyczna ma związek z tym, że ten rejon jest znany z raftingu, szczególnie na rzece Tara,
wprost wymarzonej dla tego sportu.











Przejście graniczne wita nas kolejką oczekujących, jakże zapomniane dla nas czasy! Trzeba swoje odczekać, ale widoki dookoła bajkowe, więc czas szybko mija i po godzinie już wspinamy się dalej, tym razem już po czarnogórskiej stronie Tary.
Droga fantastycznie wije się wzdłuż kanionu, widoki zapierające dech, co chwila droga graniczy z przepaścią! I zaczyna się robić sucho, jak bardzo to dowiemy się dopiero jutro, na płaskowyżu, poprzecinanym kanionami, gdzie woda płynie tylko na ich dnie! Biwak robimy pod budką strażnika parku, o tej porze roku jeszcze nieczynną. Całe szczęście, że koło niej ktoś zostawił parę butelek z wodą, było się czym umyć po upalnym dniu! Jak zwykle małe ognisko i bośniacki kurczak z rusztu, znów cudowne, górskie niebo i nyny w budzie strażnika.
Poranek znów przepiękny, słońce przygrzewa mocno, a my dość poważnie wysuszeni. Oporządzamy się i dalej do góry, na płaskowyż.
Droga super, wąski, ale równy asfalt, więcej nie trzeba, bo w ciągu dnia widzieliśmy 3 auta, ludzi też niewiele więcej. Oznakowanie doskonałe, znaki turystyczne, tabliczki informacyjne...widać, że tutaj doceniają turystów.
Bezapelacyjnie najlepsze oznakowanie na Bałkanach!
Na płaskowyżu teren usiany wszelkimi formami krasowymi,
dookoła skały wapienne, więc nie dziwne. Szczególnie malowniczo
prezentowały się leje krasowe! W lesie pozostałości zimowego śniegu,
całe szczęście, bo jest czym ugasić pragnienie.
No i nareszcie możemy podziwiać w całej okazałości masyw Durmitoru!
To już prawdziwie alpejskie widoki, śniegu mnóstwo, po prostu
boskie widoki w takim słońcu!














Płaskowyż kiedyś się kończy i docieramy do kanionu Suszycy,
na krawędzi widok porażający, pod stopami kilkuset metrowa
przepaść i potok płynący na dnie!


















Droga, już szutrowa, prowadzi nas zboczem kanionu do jego początku,
którym jest cyrk polodowcowy pod ścianami Durmitoru.
Po drodze spotykamy rosyjskich rowerzystów, jest to już druga grupa z Rosji,
a jeszcze dwie spotkamy później! Przez cały wyjazd widzieliśmy tylko turystów
z Rosji. Rosjanie i Czarnogórcy chyba mają do siebie sentyment!
Ostrymi serpentynami docieramy do początku kanionu, a zarazem rzeki Suszycy, tam ukazuje się nam przepiękny widok - górskie jezioro,
coś jak nasze Morskie Oko, i niesamowita rzecz - pusto, zero ludzi!


Biwak w takim miejscu jest bajkowy!!!
Więc nie namyślając się rozkulbaczamy rumaki, szykujemy
ognisko i przygotowujemy kociołek. Po raz drugi rozbijamy
namiot, ze względu na pętające się po okolicy niedźwiedzie,
no i robimy sobie regularną imprezkę, łącznie z kąpielą w lodowatej wodzie! Takie miejsce trzeba uczcić! Namiot się przydał, bo to już jednak góry i w nocy lekko przypiździło, ale rano ledwo tylko słońce wychyliło się to zaraz trzeba było się rozbierać. Opuszczaliśmy to miejsce ze smutkiem, bezkonkurencyjny biwak!






Po drugiej stronie kanionu, jak wspinaliśmy się na dalszą część
płaskowyżu konieczna była sesja zdjęciowa, widoki powalające!



















Ekspozycje niesamowite, szutrowa droga znów się wije do góry, a na rozgrzanych słońcem kamieniach
wygrzewają się żmije nosorogie, wyjątkowo ich dużo w tej okolicy,więc trzeba
uważać na gadziny! W tych rejonach ugryzienie ma tylko jeden skutek,
chyba, że masz ze sobą szczepionkę i odpowiednie umiejętności.


Jeszcze ostatnie foty północnego masywu Durmitoru i kierujemy się w stronę środkowej części kanionu Tary, który jest zarazem wschodnią granicą Parku Narodowego Durmitor.
Wysokość jest słuszna to i śniegi jeszcze poważne, całe szczęście, że na poboczu nie na drodze, już asfaltowej. Pniemy się kilka kilometrów do góry i przełęcz znów nam wynagradza wielokilometrowym zjazdem do Żabliaka. To takie
ichniejsze Zakopane, oczywiście w mniejszej skali, a na bank o mniejszej pazerności autochtonów! Bo te nasze zakopiańskie to zamiast oczu dutki mają!
                                                             
                                                                     






W Żabliaku robimy popas, jako, że to kurort z knajpami, sklepami itp,
w końcu zasiadamy przy lanym Niksicku, zajebiste piweczko, po takiej
wyrypie smakuje wybornie. Zakupy w markecie, oczywiście spotykamy grupę Rosjan, znów pytania skąd, dokąd i po co ? Chyba jesteśmy lokalną atrakcją, bo to przed sezonem i stonki turystycznej jeszcze nie ma! Ale trza się zbierać, bo coś się w końcu chmurzy, i myśleć o jakimś biwaku.
Dość długo zjeżdżamy drogą, już cywilizowaną, bo nawet patrol ichniejszej
drogówki mijamy, polują z "suszarką". Nam się udaje, nie zatrzymali nas, bo też przekroczyliśmy prędkość jadąc z górki! ;)
Docieramy do kanionu Tary, ale nie chcemy jechać główną drogą, która idzie dołem przy rzece, tylko wbijamy się w interior nad krawędzią kanionu i jedziemy wąską drogą przez las do najbliższej wioski. Tam pytamy o drogę tubylca, dobrze, że spotkaliśmy, bo wszędzie raczej pusto i prędzej na czuja znajdujemy
opuszczoną chałupę. To będzie nasz "Hilton" na dzisiejszą noc!

Jak zwykle ognisko i coś do ogniska, bo zapasy zostały zrobione.
Martwią tylko ciemne chmury nad głowami, ale na najbliższą noc
mamy spokój w naszym "apartamencie".
Rano po śniadaniu kierujemy się na południe, wzdłuż kanionu i wypadałoby
znaleźć jakieś zejście w dół, co nie jest proste patrząc na stromizny koło nas.
Droga już dawno gruntowa i leśna, nawet śnieg się pojawia, ale brniemy dalej.
Po kilku kilometrach napotykamy dom na zboczu, a przy nim stara terenowa Toyota, więc uderzamy tam zasięgnąć języka. Przyjmuje nas przemiły właściciel sklepu z pobliskiej miejscowości, który przy okazji i chyba dla przyjemności
hoduje pszczoły, ma sad śliwkowy i pędzi rakiję...oczywiście ugościł nas po królewsku - domowy ser , jagnięcina, miód prosto z plastra i rakija, a jakże!
Jeszcze dostaliśmy na drogę - wałówka i flaszka!...

Pogadaliśmy, popiliśmy i ruszyliśmy dalej,
prowadzeni wskazówkami danymi nam przez naszego dobroczyńcę! To się nazywa gościnność!!!
Dalej czyli w dół, do rzeki i głównej drogi w stronę
Mojkovaca, kresu rowerowo-górskiej eskapady!



Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na Tarę z tej wysokości...

               
Na dole, im bardziej na południe, kanion zamieniał się w szeroką dolinę,
pozbawiając rzekę dzikości. Przed nami zaczął się rysować Mojkovac,
dość duże miasto położone przy trasie kolejowej Belgrad-Bar.
Pogoda zaczęła się psuć, więc myślimy o odwrotach, ale to rano.
Teraz jeszcze tradycyjne zakupy i szukamy miejsca na biwak.
Znajdujemy go w sąsiedniej dolince, przy opuszczonym domu.
Ognisko, ostatni kociołek i śpimy wewnątrz pustego domu.
Poranna kąpiel w potoku kończy nasze górskie traperstwo.
Odwrót czyli powrotna odyseja kolejowa zaczyna się na stacji Mojkovac. Teraz parę słów o trasie kolejowej Belgrad-Bar. Jest to jedna z najpiękniejszych tras kolejowych, i to chyba na świecie! Ma 477 km długości, na jej trasie są 252 tunele i chyba podobna ilość mostów i estakad, w tym najwyższy most w Europie, 200 metrów nad lustrem wody rzeki Mała Rijeka, a jego długość to 499 metrów!
Wrażenia z jazdy niezapomniane, widoki z okien pociągu fantastyczne!
Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze przerwę w Użicach i biwak pod dębem nieopodal, taki mały przerywnik ;)
Do Belgradu dotarliśmy dzień później. Na dworcu obiad w "naszym" barze, konkretny, z lanym piweczkiem, obok nas policjanci na służbie
też się raczyli browarkiem, więc dziki luz ;)

      









Kolejnym pociągiem kulamy się do Nowego Sadu, wysiadamy późnym popołudniem, więc trzeba "uzbroić" rower w odpowiednią "broń" na wieczorne posiedzenie! Z zapasami na ostatni biwak udajemy się w płaskie jak stół pola, celem znalezienia spokojnego miejsca na zasłużony spoczynek, oczywiście po uprzednim spożyciu ostatniego serbskiego piwa pod rozgwieżdżonym niebem!
Niestety, już bez ogniska...


Następnego dnia już w szybkim tempie kilkoma pociągami dokulaliśmy się do Polski...zakończenie i podsumowanie
oczywiście odbyło się przy stacji Tychy Żwaków,
w naszym stałym miejscu kończenia wypadów czyli

               "POD NAPIĘCIEM"

...planując następną wyprawę!!!

AHOJ PRZYGODO...









środa, 13 lutego 2013

BAŁKAŃSKIE REMINISCENCJE







Nareszcie rowery, na razie zeszłoroczne, ale do wiosny już niedaleko, więc będą i świeższe relacje! ;)
...przełom kwietnia i maja ubiegłego roku...w duecie... jak zwykle startujemy ze Żwakowa, w piątek popołudniową  porą.
 Rowery solidnie objuczone, bo Bałkany są dość dzikie i cały szpej trza mieć ze sobą.



 Wieczorem lądujemy w Żylinie, jakieś małe piweczko i biwakujemy na peryferiach, kilometr od stacji kolejowej. Rano dalszy ciąg odysei pociągami, aż na słowackie południe, pod granicę węgierską. Połączenia ładnie skorelowane, więc sprawnie meldujemy się w barze na "Topvarze" juz nad granicznym Dunajem! Tam jedno dla ochłody, bo skwar straszny i przeprawiamy się przez rzekę pięknym mostem. Wczesne popołudnie, trochę nam zeszło zanim znaleźliśmy stację kolejową, ale w końcu jedziemy pociągiem do Budapesztu, tam szybki transfer na Dworzec Keleti i w ostatniej chwili wskakujemy w wagon bagażowy do przygranicznej miejscowości Kelebia. I tym sposobem w ciagu 24 h docieramy do granicy serbskiej.

Już po zmroku docieramy w okolice drogowego przejścia granicznego, tam nocleg w starej szopie i wczesnym świtem jesteśmy już w Serbii. Kilkanaście kilometrów dalej Subotica i ciąg dalszy odysei kolejowej. W parku przy dworcu szybkie śniadanie,
do "ściany" po kase i już siedzimy w pociągu do Belgradu, gdzie przyjeżdżamy około południa.

Ostatni nasz pojazd mamy za 2 h, wiec jest czas na małe zwiedzanie okolicy i jakieś bardziej konkretne korytko! Trafiliśmy doskonały mały bar w budynku dworca kolejowego, porządny schaboszczak z dodatkami i piweczko poprawiło humory...a to był tylko przedśpiew tego co miało za chwilę nastąpić!
Znaleźliśmy "nasz" pociąg do Użic, sławna trasa kolejowa Belgrad - Bar, opiszę później, a tam tłum
pasażerów, bo to koniec weekendu.
Myśleliśmy, że nie wsiądziemy, ale młodzi serbowie pomogli nam się wpakować z rumakami.
...no i się zaczeło...wszelakiej maści flaszki zaczęły wyskakiwać jak małpy
z koszyka... najpierw piweczka, wódeczki, najróżniejsze rakije...
komitywa nawiązana, zaczęły się pytania skąd, dokąd, po co?...


Było zaje...fajnie! No, skoro ja śpiewałem w czterech językach to musiało być!;)
Najfajniejszy trip podczas całej podróży, dla niektórych nieco "męczący" ;)
Po prawie 5 h "podróży" pociąg wypluł nas w Użicach, dobiegł kres odysei...i naszych sił chyba też!
Jakimś cudem odjechaliśmy od miasta i nawet zrobiliśmy biwak z ogniskiem i kociołkiem!
Do dzisiaj nie wiem jak udało nam się zrobić zajebistą grochówkę.
Rano na ciężkim kacu zrobiliśmy pierwsze 10 km do najbliższego sklepu, no i wiadomo co było najcudowniejszą chwilą tego dnia...łyk zimnego browara!!!
Siły wstąpiły i zaczęliśmy właściwą wyprawę, już rowerowo wjechaliśmy w interior czyli pogranicze serbsko-bośniackie. Na początek skierowaliśmy się w stronę Parku Narodowego "Tara". Piękne tereny, góry, lasy, mało ludzi, pierwsza napotkana żmija nosoroga, najbardziej jadowity gad w Europie! Cały dzień śmigaliśmy na naszych rumakach po parku i w końcu długim zjazdem dotarliśmy nad Drinę, która na dużym odcinku jest rzeką graniczną między Serbią i Bośnią. Zrobiliśmy szybkie zakupy w miasteczku i zaczęliśmy szukać miejsca na biwak, oczywiście nad rzeką. Jak zwykle ognisko, pstrąg z siatki (niestety ze sklepu, ale był żywy!), więc kolacja się udała!
Obok nas imprezowali tubylcy, nawet po nocy przyszli z zaproszeniem do siebie, ale my po poprzednim dniu mieliśmy raczej dość, więc grzecznie podziękowaliśmy, mówiąc, że może jakiś wspólny "breakfast". Rano obok nie było co zbierać, 
jeden wielki zgon, więc pamiętając poprzedni dzień była to słuszna
decyzja! Śniadanie zjedliśmy sami, oczywiście jajura na słoninie i zameldowaliśmy się na moście granicznym. Bośnia przywitała nas na
"dzień dobry" 10 kilometrowym podjazdem, oczywiście w upalnym
słońcu. Ludzi jeszcze mniej niż w Serbii, strome góry porośnięte lasami i wcięte doliny rzek. Ślady ostatniej wojny widać wszędzie, zniszczone, ostrzelane domy co krok, cmentarze muzułmańskie tak samo, tablice
pamiątkowe też...no i świeże ostrzeżenia o minach! W tym rejonie lepiej
nie schodzić z drogi, lasy i krzaki do tej pory zaminowane, tablice ostrzegają co krok! Tak docieramy do wioski w górach, tam znów
zakupy na biwak, rytualne piweczko i pytamy się o bezpieczne
miejsce na biwak. Kolejny biwaczek na łące w górach, śpimy pod gołym niebem, gwiazdy niesamowite, bo dookoła ciemno. Pogoda
nam dopisuje, cały czas praktycznie bezchmurnie, w ciągu dnia słońce przygrzewa solidnie, ale wieczorami się wychładza i śpiwór jest konieczny.
Rano sprawnie się zbieramy
i kierunek szutrem do góry...przed nami prawie 50 km do Żepy.







Po drodze, im wyżej tym więcej, napotykamy stary śnieg,  jest go nawet dość sporo, bo to północny stok. Przełęcz ma dla nas niespodziankę, chyba 20 kilometrowy zjazd, wąskim asfaltem, aż do kanionu Driny, hamulce dostały!!! Nad rzeką w końcu jacyś ludzie, nawet dwie knajpy, hodowla pstrągów...coś się w końcu dzieje! Odpoczywamy chwile przy zimnym złocistym, kupujemy świeże pstrągi i udaje nam się namówić tubylców, aby nas przetransportowali łodzią na drugi brzeg rzeki, bo o moście można zapomnieć! Na drugim brzegu dostajemy nawet miejsce na werandzie, gdzie urządzamy sobie spanie oraz drewno na ognisko.
A i łódka się znalazła, aby popłynąć do baru po skrzynkę piwa.
To się nazywa gościnność!














Ryba z siatki zajebista, pifko też, kąpiel w zimnej rzece, i można iść spać, bo jutro znów pół dnia pod górę z poziomu rzeki.
Rano normalne rytuały i kierujemy się w stronę Wyszegradu, tereny już bardziej zaludnione, wioski, więcej asfaltów, a co za tym idzie i samochodów. Docieramy do Gorażde, to już dość duże miasto, mocno
ucierpiało w czasie wojny, co do tej pory widać na budynkach!

Tym sposobem jesteśmy już w bardziej cywilizowanych rejonach,
problem z biwakiem, śpimy nad rzeką, w opuszczonych domkach campingowych, bo wieczorem nawiedziła nas burza.
Nie było źle, nawet ognisko dało się zrobić! Poranek przywitał nas słońcem, więc dziarsko ruszyliśmy główną drogą wzdłuż Driny, tunelami i estakadami, ruch był dość spory, ale te 40 km pokonaliśmy dość sprawnie. Zjechaliśmy na boczną drogę w kierunku Czarnogóry, dalej w górę Driny, widoki bajkowe, bo zaczęły nam się ukazywać góry okalające masyw Durmitoru! :)...

cdn...