środa, 13 lutego 2013

BAŁKAŃSKIE REMINISCENCJE







Nareszcie rowery, na razie zeszłoroczne, ale do wiosny już niedaleko, więc będą i świeższe relacje! ;)
...przełom kwietnia i maja ubiegłego roku...w duecie... jak zwykle startujemy ze Żwakowa, w piątek popołudniową  porą.
 Rowery solidnie objuczone, bo Bałkany są dość dzikie i cały szpej trza mieć ze sobą.



 Wieczorem lądujemy w Żylinie, jakieś małe piweczko i biwakujemy na peryferiach, kilometr od stacji kolejowej. Rano dalszy ciąg odysei pociągami, aż na słowackie południe, pod granicę węgierską. Połączenia ładnie skorelowane, więc sprawnie meldujemy się w barze na "Topvarze" juz nad granicznym Dunajem! Tam jedno dla ochłody, bo skwar straszny i przeprawiamy się przez rzekę pięknym mostem. Wczesne popołudnie, trochę nam zeszło zanim znaleźliśmy stację kolejową, ale w końcu jedziemy pociągiem do Budapesztu, tam szybki transfer na Dworzec Keleti i w ostatniej chwili wskakujemy w wagon bagażowy do przygranicznej miejscowości Kelebia. I tym sposobem w ciagu 24 h docieramy do granicy serbskiej.

Już po zmroku docieramy w okolice drogowego przejścia granicznego, tam nocleg w starej szopie i wczesnym świtem jesteśmy już w Serbii. Kilkanaście kilometrów dalej Subotica i ciąg dalszy odysei kolejowej. W parku przy dworcu szybkie śniadanie,
do "ściany" po kase i już siedzimy w pociągu do Belgradu, gdzie przyjeżdżamy około południa.

Ostatni nasz pojazd mamy za 2 h, wiec jest czas na małe zwiedzanie okolicy i jakieś bardziej konkretne korytko! Trafiliśmy doskonały mały bar w budynku dworca kolejowego, porządny schaboszczak z dodatkami i piweczko poprawiło humory...a to był tylko przedśpiew tego co miało za chwilę nastąpić!
Znaleźliśmy "nasz" pociąg do Użic, sławna trasa kolejowa Belgrad - Bar, opiszę później, a tam tłum
pasażerów, bo to koniec weekendu.
Myśleliśmy, że nie wsiądziemy, ale młodzi serbowie pomogli nam się wpakować z rumakami.
...no i się zaczeło...wszelakiej maści flaszki zaczęły wyskakiwać jak małpy
z koszyka... najpierw piweczka, wódeczki, najróżniejsze rakije...
komitywa nawiązana, zaczęły się pytania skąd, dokąd, po co?...


Było zaje...fajnie! No, skoro ja śpiewałem w czterech językach to musiało być!;)
Najfajniejszy trip podczas całej podróży, dla niektórych nieco "męczący" ;)
Po prawie 5 h "podróży" pociąg wypluł nas w Użicach, dobiegł kres odysei...i naszych sił chyba też!
Jakimś cudem odjechaliśmy od miasta i nawet zrobiliśmy biwak z ogniskiem i kociołkiem!
Do dzisiaj nie wiem jak udało nam się zrobić zajebistą grochówkę.
Rano na ciężkim kacu zrobiliśmy pierwsze 10 km do najbliższego sklepu, no i wiadomo co było najcudowniejszą chwilą tego dnia...łyk zimnego browara!!!
Siły wstąpiły i zaczęliśmy właściwą wyprawę, już rowerowo wjechaliśmy w interior czyli pogranicze serbsko-bośniackie. Na początek skierowaliśmy się w stronę Parku Narodowego "Tara". Piękne tereny, góry, lasy, mało ludzi, pierwsza napotkana żmija nosoroga, najbardziej jadowity gad w Europie! Cały dzień śmigaliśmy na naszych rumakach po parku i w końcu długim zjazdem dotarliśmy nad Drinę, która na dużym odcinku jest rzeką graniczną między Serbią i Bośnią. Zrobiliśmy szybkie zakupy w miasteczku i zaczęliśmy szukać miejsca na biwak, oczywiście nad rzeką. Jak zwykle ognisko, pstrąg z siatki (niestety ze sklepu, ale był żywy!), więc kolacja się udała!
Obok nas imprezowali tubylcy, nawet po nocy przyszli z zaproszeniem do siebie, ale my po poprzednim dniu mieliśmy raczej dość, więc grzecznie podziękowaliśmy, mówiąc, że może jakiś wspólny "breakfast". Rano obok nie było co zbierać, 
jeden wielki zgon, więc pamiętając poprzedni dzień była to słuszna
decyzja! Śniadanie zjedliśmy sami, oczywiście jajura na słoninie i zameldowaliśmy się na moście granicznym. Bośnia przywitała nas na
"dzień dobry" 10 kilometrowym podjazdem, oczywiście w upalnym
słońcu. Ludzi jeszcze mniej niż w Serbii, strome góry porośnięte lasami i wcięte doliny rzek. Ślady ostatniej wojny widać wszędzie, zniszczone, ostrzelane domy co krok, cmentarze muzułmańskie tak samo, tablice
pamiątkowe też...no i świeże ostrzeżenia o minach! W tym rejonie lepiej
nie schodzić z drogi, lasy i krzaki do tej pory zaminowane, tablice ostrzegają co krok! Tak docieramy do wioski w górach, tam znów
zakupy na biwak, rytualne piweczko i pytamy się o bezpieczne
miejsce na biwak. Kolejny biwaczek na łące w górach, śpimy pod gołym niebem, gwiazdy niesamowite, bo dookoła ciemno. Pogoda
nam dopisuje, cały czas praktycznie bezchmurnie, w ciągu dnia słońce przygrzewa solidnie, ale wieczorami się wychładza i śpiwór jest konieczny.
Rano sprawnie się zbieramy
i kierunek szutrem do góry...przed nami prawie 50 km do Żepy.







Po drodze, im wyżej tym więcej, napotykamy stary śnieg,  jest go nawet dość sporo, bo to północny stok. Przełęcz ma dla nas niespodziankę, chyba 20 kilometrowy zjazd, wąskim asfaltem, aż do kanionu Driny, hamulce dostały!!! Nad rzeką w końcu jacyś ludzie, nawet dwie knajpy, hodowla pstrągów...coś się w końcu dzieje! Odpoczywamy chwile przy zimnym złocistym, kupujemy świeże pstrągi i udaje nam się namówić tubylców, aby nas przetransportowali łodzią na drugi brzeg rzeki, bo o moście można zapomnieć! Na drugim brzegu dostajemy nawet miejsce na werandzie, gdzie urządzamy sobie spanie oraz drewno na ognisko.
A i łódka się znalazła, aby popłynąć do baru po skrzynkę piwa.
To się nazywa gościnność!














Ryba z siatki zajebista, pifko też, kąpiel w zimnej rzece, i można iść spać, bo jutro znów pół dnia pod górę z poziomu rzeki.
Rano normalne rytuały i kierujemy się w stronę Wyszegradu, tereny już bardziej zaludnione, wioski, więcej asfaltów, a co za tym idzie i samochodów. Docieramy do Gorażde, to już dość duże miasto, mocno
ucierpiało w czasie wojny, co do tej pory widać na budynkach!

Tym sposobem jesteśmy już w bardziej cywilizowanych rejonach,
problem z biwakiem, śpimy nad rzeką, w opuszczonych domkach campingowych, bo wieczorem nawiedziła nas burza.
Nie było źle, nawet ognisko dało się zrobić! Poranek przywitał nas słońcem, więc dziarsko ruszyliśmy główną drogą wzdłuż Driny, tunelami i estakadami, ruch był dość spory, ale te 40 km pokonaliśmy dość sprawnie. Zjechaliśmy na boczną drogę w kierunku Czarnogóry, dalej w górę Driny, widoki bajkowe, bo zaczęły nam się ukazywać góry okalające masyw Durmitoru! :)...

cdn...

1 komentarz:

  1. no nie może być, posty sypią się jak piwka na wypadach ;)

    OdpowiedzUsuń