wtorek, 10 lutego 2015

Ukraina 2015 cd.

...kwatera u Marii jak u babci na wsi...ciepło,
miło i przyjemnie...jajka od "kury" no i Misio
wziął się za robienie jajury, domowe specjały też
wjechały na stół ;)
Wiejska kolacja, goriłka i nyny w gościnnym pokoju. Rano leje...ale od gospodyni dostaliśmy na osłodę cały rondel ichniejszych gołąbków, po 3 na głowę...pychota ;)
...znów, deszcz nie deszcz, trza się zbierać...
...idą...

...koniec sielanki, następna wioska za górami...a w górach śniegu po kolana i pada deszcz, potoki nie zamarznięte, woda podniesiona, więc czeka nas niezła wyrypa!
Mapę mam dość dobrą, ale trza się posiłkować GPS, bo zrobiło się mgliście...

...marszruta na czuja, zero drogi, tylko jakieś stare ślady, pod śniegiem grząsko i mokro, co chwila
ktoś wpada w dziurę...potoki pokonujemy brodząc w lodowatej wodzie, do tego padający deszcz...
wręcz bosko...
 ...tak po południu docieramy do Lipowca, oczywiście cali mokrzy...

...zasięgamy języka u tubylców pytając o sklep,
okazuje się, że właśnie jesteśmy obok...
przemoczeni męczymy piwo i pytamy właściciela sklepu o nocleg...o namiocie i ognisku można zapomnieć!
Jak zwykle chata się znajduje nieopodal...tyle, że zimna! W środku zimniej niż na zewnątrz, bo wcześniej były mrozy po -20C!
Rozpalamy w piecu i za chwile w chacie robi się suszarnia naszych mokrych ciuchów ;)
...no i nieodłączna jajura z 20 jajek ;)...zanim się trochę nagrzało w środku
minęło parę godzin, ale dzielnie się rozgrzewaliśmy czonowym rumem ;)
Atmosfera się zrobiła trochę lepsza, bo jednak dostaliśmy trochę w dupę...
nie tak wyobrażaliśmy sobie ten trekking...namioty nadal przypięte do plecaków, a ognisko w lesie w sferze marzeń!
Posiedzieliśmy do nocy przy herbatkach, Maruś troszkę dłużej, bo stwierdził, że nie zaśnie ;)
Nad ranem obudziły nas jakieś hałasy...okazało się później, że to jacyś "cichociemni" z bronią przyszli do domu obok...o nas nic nie wiedzieli ;)
...gospodarz też jakiś taki małomówny był...może przez pięciu milicjantów i dwa auta milicyjne przed domem ;)...
...zjedliśmy śniadanko i szybko ewakuowaliśmy się w góry.
Deszcz, rzecz jasna, leje ;)...wybieramy kierunek na naszą
główną destynację czyli Lumszory i czan, pół dnia drogi w tych warunkach!
Pada raz mocniej, raz słabiej...oczywiście wszędzie śniegu po kolana, najpierw idziemy polami, a później wbijamy się w las i góry...znów GPS i na czuja...
...idą...i dochodzą do koliby w Lumszorach ;)
...tam już jak w domu...powitanie i biesiada ;)
...no i wieczorkiem moczenie zadków w czanie...
HEDONISTYCZNE ROZPASANIE!!! ;))

 ...rozgościliśmy się przy kotle i w końcu wygrzali ;)
Maruś napalił solidnie, więc co chwilę biegaliśmy do
rzeki dla ochłody...
 ...błogostan części ekipy widać na fotkach ;)
 ...pod kotłem mieliśmy namiastkę ogniska,
więc pieczyste się robiło ;)
...noc jak zwykle przy czanie, a poranek przyniósł decyzję o powrocie...
jedyną słuszną przy tej pogodzie...
...odyseja powrotna ;)...

                                                                                                             Ahoj przygodo :))





1 komentarz:

  1. Misiu wreszcie!!! Czytałem z wielką przyjemnością, a i śmiechu nie zabrakło!!!

    OdpowiedzUsuń