piątek, 15 lutego 2019

LUMSZORSKIE CZANY 2019 styczeń

...i znów nasze boskie Zakarpacie !!!
Tym razem skromny team, ja i Sosek.
Postanowiliśmy spędzić stacjonarnie kilka dni w Lumszorach.
Szefostwo sadyby, Rusłan i Władek oczywiście się ucieszyli!
My też... ale po kolei... ;)







...szybki transfer do Lumszorów, różnymi środkami komunikacji, zajął nam 12 h, plecaki załadowane po brzegi szpejem (nie wiem po co, bo
połowy nawet nie wyjęliśmy! ;) ) na miejscu dostaliśmy kwaterę w starym, drewnianym domku, ale ze wszystkim co trza. Rozkulbaczyliśmy się i marsz do koliby na lokalne "przyjemności" ;).

Powitanie, coś na ząb i zaczęła się degustacja miejscowych specjałów branży bimbrowniczej...oczywiście czysta natura...samogon i leśne dodatki! ;)
Nowy czan już nam szykowano na wieczór, taki fajny, tylko 1800 litrów ;)
A w międzyczasie kuchnia też o nas pomyślała i do wyboru, do koloru...bogracz z kotła, pstrąg z rusztu, szaszłyki...cuda na kiju ;)
wszystko domowe i naturalne!


 Kuchnia na zewnątrz, z normalnym paleniskiem,
grill żarowy na węgiel drzewny, a nie jakieś gazowe ciulstwo! ;)
Szaszłyk jak z dziczyzny, pstrąga możesz sam złowić obok w stawie,
a bogracz wręcz boski, na naturalnych ingrediencjach ;)
U nas to już prawie historia, więc chłonęliśmy ją pełną gębą...dosłownie! ;)
No, ale ileż można zjeść, oczy by jadły...degustowaliśmy sobie codziennie coś innego ;)
A wieczorkami gorący czan i zimna rzeka...na przemian...dla zdrowotności!

 Wieczorkiem nie mieliśmy ograniczenia czasowego, więc do późnej nocy "chłonęliśmy" naturę...pod każdą postacią ;)..."herbatki" na "trawach" czyli ichniejszych ziołach smakowały wybornie, szum potoku obok, ogień strzelający spod kotła, muzyczka sącząca się z Soskowego Bang & Olufsena...a w kotle +40 stopni,
woda w rzece około 0 stopni i tęgi mróz na zewnątrz czyniły atmosferę iście piekielną...w dobrym tego słowa znaczeniu! :))


Tak wyglądały wieczory...ale w ciągu dnia trza było się gdzieś ruszyć, więc eksplorowaliśmy "grań" Lumszorów i trzeba powiedzieć, że trochę się tam zmieniło, z sennej wioski zaczyna się robić niezła turbaza, jak to oni mówią.
Co rusz nowe budynki, nawet nasi gospodarze postawili nowy, wypasiony pensjonat, powstała nowa koliba To Lem Ande, bardzo ciekawy architektonicznie projekt, nie mówiąc o "grubych" inwestycjach typu "Davir", "U Cimbora" czy "Wodograj".

Powyżej koliba "To Lem Ande" zbudowana z kamienia i surowych bali bukowych na podstawie ośmioboku
z przepięknym naturalnym wnętrzem.
Nazwa pochodzi z języka łemkowskiego, ale oczywiście zapomniałem co oznacza ;).
Poznaliśmy właścicieli, para przemiłych tubylców z dwójka małych chłopców, Ona zajmuje się kuchnią i dziećmi, On skitourowiec, na jego głowie koliba, a w wolnych chwilach przemierza góry, typ sportowca ;)
Mają niezłą bazę noclegową i kilka czanów, może nie tak dużych jak nasi gospodarze, ale zawsze...

Kuchnia skromna, ale dobra i naturalna... a jaki "czaj" na "trawach"...pyszota,
oczywiście z domowymi nalewkami, a te jak wiadomo, tam są kultowe;)
 Odwiedziliśmy też najstarszy czan w okolicy, przy którym
znajdują się źródła mineralne z wodą ze związkami siarki, między innymi, urokliwe miejsce, kiedyś tam biwakowaliśmy w starym składzie;)

 Nawiedziliśmy kolibę koło Davira, też degustacja "czaju",
U Cimbora było pusto, więc powróciliśmy do naszej "Myśliwskiej Sadyby"...czan już czekał! ;)


Kolejny dzień i kolejna wycieczka, zaprowadziła nas do Wilszinek, które są na grzbiecie ponad doliną.
Rozciąga się z tego miejsca przepiękny widok na całą okolice, szczególnie na połoniny...
Runa i Ljuta.
I tak nam minęły cztery dni w Lumszorach i okolicy...za miesiąc będę tam znów...tylko w innym stylu,
ale o tym "następną razą" jak mawiał klasyk! ;)